Rozmiar ma znaczenie: odsłona druga

Kiedyś już zamieściłem tu wpis pod tytułem “rozmiar ma znaczenie” i zleciało się do niego całkiem sporo chętnych. Jak muchy do g… miodu znaczy się. Albowiem chwytliwy tytuł to połowa sukcesu.

Z tym, że wtedy było o liczbach Mersenne’a, a dziś będzie o rzeczach znacznie bardziej przyziemnych.

Złośliwość rzeczy martwych, moiściewi, jest faktem. W dodatku autentycznym, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.

Otóż nie dalej jak w ostatni poniedziałek, wczesnym rankiem, kiedy moje lekko zmrużone poranną bryzą oczy wpatrywały się – jak co dzień – z niemym podziwem w urokliwie tańczące po chmurach iskierki wschodzącego Słońca…

O czym to ja miałem?

Aha, właśnie. W poniedziałek, jak co poniedziałek, wyruszyliśmy dwójkami (sztuk: raz) do hut, do fabryk. Tup, tup na parking do auta, wsiadamy, sprzęgło, kluczyk do stacyjki, przekręcamy… tuk-tuk-tuk-tuk-… i nic.

Lekkie zdziwienie, przekręcamy raz jeszcze…

…tuk-tuk-tuk-tuk-tuk…

… i nic.

No nie odpala, zmrol jeden, dyszlem w tę i we w tę ganiany, taka jego kudłata mać, w dziuplę jeża, motyla noga.

(przepraszam, ale naprawdę mnie poniosło, do l*cha)

Chwila głębszej zadumy. Kompilujemy fakty:

– W piątek wieczorem zostawiliśmy auto na parkingu. Wszystko banglało.
– W sobotę i w niedzielę nie ruszaliśmy się nigdzie z domu.
– W nocy był mróz.

Hmmm…

Akumulator?

Szybciutko wyciągam kable rozruchowe z bagażnika (nabyte w drodze kupna po tej przygodzie: http://xpil.eu/ZdxSh) i nerwowo rozglądam się po parkingu. Oczywiście – ani żywej duszy. Cisza jak przed zmasowanym atakiem zombie.

Hm.

Szybki telefon do sąsiada:

– Cześć sąsiad. Jesteś w domu?
– Jestem w pracy. A co?
– A nic. To nara.

Kolejna myśl: w pobliżu jest spożywczak, a nuż ktoś dojeżdża autem?

Tup, tup, tup do spożywczaka – właśnie otwierają. Pytam ženę za pultem zali któryś z pracowników dojeżdża do pracy rydwanem, bo potrzebuję pożyczyć wiaderko prądu na chwilę. Okazuje się, że i owszem. Pięć minut później podjeżdża do nas Lamborghini Yaris, wysiada zeń znajomo wyglądający Hindus i pyta, czy ja to ja. Potwierdzam na wszelki wypadek i dla podparcia tezy materiałem dowodowym potrząsam wymownie kablami rozruchowymi.

Hindus podnosi klapę swojego japońskiego potwora, spinamy nasze autka aż iskry lecą (najfajniejszy jest ten moment zaciskania krokodylka na plusie – zawsze trochę zaiskrzy). Wsiadam za kółko, przekręcam kluczyk…

… tuk-tuk-tuk-tuk-tuk-…

… jeszcze raz…

… tuk-tuk-tuk-…

No to, myślę sobie, dupa przenajdupsza, coś się fest dupnie zdupiło, do dupy z tym. Wysiadam z auta, uprzejmie dziękuję Hindusowi za wsparcie i tłumaczę, że to jednak nie akumulator, widać coś innego się popsuło. Hindus odjeżdża swoim Yarisem w siną dal na tle solidnie już wzeszłego słońca.

Wpadamy w lekką panikę.

Żonka szybko dzwoni do koleżanki z pracy, która dojeżdża z naszych okolic – ufff, okazało się, że tamta jeszcze nie wyjechała z domu. Może być u nas za 10 minut. Dobra nasza.

Ja dzwonię do swojej pracy i mówię, że sraka dupaka z autem, i że dziś będę pracował z domu. Całe szczęście, że mam taką możliwość. Szef nawet nie marudzi za bardzo. Gra gitara.

Myślę sobie, trzeba będzie jakieś holowanie załatwić, żeby odstawić auto do serwisu. Na gwarancji jest, pewnie jakaś duperelka się zrobiła (jakiś kabelek odłączony czy inne cóś), naprawią od ręki i tyle.

Dzwonię po hol. Facet może być za dwie godziny.

OK, nie zbawi mnie to.

Podłączam się do zdalnego biura, pracuję. Mija godzinka – myślę sobie, zadzwonię jeszcze do serwisu uprzedzić ich, że będę. Dzwonię, uprzedzam. Mówią, że są dziś zawaleni po szyję, ale postarają się.

Przyjeżdża laweta. Pan pyta co się stało. Przedstawiam mu całą sytuację. Facet każe mi jeszcze raz opisać odgłos, jaki pojawia się po przekręceniu kluczyka.

– Tuktuktuktuk – mówię

Gość pyta jeszcze, czy to diesel i czy faktycznie go nie ruszałem przez cały weekend. Potwierdzam.

Facet na to: w takim razie zanim go wrzucę na przyczepkę spróbujmy czegoś.

I wyciąga ze swojego auta taki nieduży jakby akumulatorek z poręcznym uchwytem, podpina go do klem mojego akumulatora i każe odpalić silnik.

Przekręcam kluczyk…

… tuktuktukbrrruuummmm, brumbrumbrumbrumbrum…

Okazało się, że jednak akumulator. I żebym następnym razem poszukał sobie jakiegoś większego auta do podpięcia kabli rozruchowych, bo Yaris to sobie może co najwyżej popatrzeć. W moim SUV-ie akumulator jest bowiem wielki jak stodoła, bo auto ciągnie dużo więcej prundu.

Stąd właśnie taki a nie inny tytuł dzisiejszego wpisu.

Facet od holowania i tak mnie skasował za sam dojazd. Na szczęście tylko połowę umówionej kwoty.

Człowiek się uczy całe życie…

W pracy byłem jeszcze przed lunchem.


Liczba słów w tym wpisie: 860

Sprawdź też

Problem plecakowy

Jakiś czas temu zachciało nam się nowego ogródka. Wezwaliśmy więc ekipę, która wśród zgiełku i …

Aktywnie z rana

Doszedłem do wniosku, że przez to siedzenie w domu strasznie mało się ruszam. Normalnie przynajmniej …

Zapisz się
Powiadom o
guest
26 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
26
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x