Książka jest całkiem nowa, opublikowana zaledwie cztery miesiące temu. Główny bohater, trzydziestosiedmioletni Scott Treder, jest programistą w jakiejś bliżej nieokreślonej firmie. Klasyczna orka w korpo.
Pewnego pięknego poranka, parę minut przed ósmą, w drodze do pracy jego auto nagle... znika. Ponieważ Scott nie zniknął wraz z autem, a jechał akurat jakieś 40 km/h, poobijał się srodze, zanim udało mu się wytracić resztki energii kinetycznej. Zaraz potem zostaje otrąbiony przez ciężarówkę, której ledwie udaje się ominąć leżącego na asfalcie Tredera. Ciężarówkę, dodajmy, której Scott nie widział we wstecznym lusterku. Trzy sekundy temu nie było jej tam!
Robi się coraz dziwniej. Scott zauważa, że ma w telefonie całe mnóstwo nieodebranych połączeń od żony, a także z biura. Na poczcie głosowej kilka nagrań, z których jasno wynika, że... przegapił dzień. Całe dwadzieścia cztery godziny upłynęły mu w mgnieniu oka.
Mija dzień, bardzo dla Tredera kłopotliwy. Nikt nie chce mu uwierzyć, wszyscy myślą, że coś kręci, ściemnia, żona zapłakana, wiadomo.

Nazajutrz sytuacja się powtarza, również dokładnie o 7:52 rano. Tym razem Treder skacze w przyszłość o dwa dni.
Następny skok - już o cztery dni.
Tak. Każdy następny przeskok w czasie przenosi go do godziny 7:52, o liczbę dni dwa razy większą niż poprzednio. Potem dzień odsapki - i znów skok do przodu.
Do mniej więcej jednej trzeciej książka - pomimo pozornie intrygującego motywu skoków głównego bohatera w czasie - jest pisana raczej nudnawo. Owszem, lubię motyw podróży w czasie i związanych z nimi paradoksów, ale tutaj jest jakoś tak... Bardziej się to kojarzy ze sprawozdawczością niż z solidnym sci-fi.
W końcu kolejny skok jest na tyle duży, że Lyle, syn Scotta, na początku siedmioletni szkrab, jest już po dziewięćdziesiątce, podczas gdy jego ojciec ma nadal trzydzieści siedem lat.
Myślę sobie - czas chyba na zakończenie. Zerkam na wskaźnik postępu... a tu dopiero 33%.
Gdy czytałem zapowiedź tej książki, pomyślałem sobie, że takie podwajanie przeskoków w czasie musi się bardzo szybko skończyć, całkiem jak z tymi ziarnami pszenicy na szachownicy czy składaniem na pół serwetki śniadaniowej. Dwójka w podstawie, z Jego Eksponencją nie ma żartów.
Tymczasem jednak okazuje się, że Joseph Eckert ogarnął temat bardzo solidnie i dociągnął go do końca. Dosłownie.
Ze skali ludzkiej skaczemy w wieki, tysiąclecia, przez chwilę robi się mocno geologicznie, a kończy się na skali prawdziwie ostatecznej.
Po drodze mnóstwo, naprawdę mnóstwo pomysłów nie tylko na to, co mogło się przez te wieki, milenia, eony wydarzyć na Ziemi, ale też na przykład na to, jak zapobiec śmierci głównego bohatera, który ma tylko jeden dzień na przygotowanie się na ekspansję naszego Słońca w czerwonego olbrzyma. I tak dalej.
Wszystko to jest opisane przy użyciu całkiem solidnej porcji mechaniki kwantowej, matematyki i kosmologii. Czytałem (tzn. słuchałem) z przyjemnością.
Końcówka... nie powala. Wydaje mi się, że autor nie miał dobrego pomysłu na to, jak zamknąć temat. Szkoda, bo po wielu godzinach naprawdę porywającej opowieści liczyłem na coś bardziej pomysłowego.
Końcem końców książkę oceniam na:
- Pierwsze 33%: 5/10
- Ciąg dalszy: 11/10
- Końcówka: 3/10
Ogólnie polecam, czas nie całkiem utracony.
Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]
Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.