Przegląd złomu elektronicznego – edycja październik 2021

Dziś szybki przegląd elektronicznego śmiecia, którego używam w domu na co dzień i od święta.

Bloguję – najczęściej – ze stojącego pod biurkiem peceta, takiego “normalnego”, nie żadne tam laptoki czy inne chrum-buki tylko prawilny, pełnowymiarowy PC od Fujitsu (seria Celsius).

Komp jest pi x drzwi sześcioletni. Czterordzeniowy i7 czwartej generacji (konkretnie ten model), z 32 gigabajtami ośmiusetmegahercowej pamięci RAM (DDR3, 4 x 8GB) i dwoma napędami ssd – jeden mniejszy (128 GB) na OS i drugi większy (1TB) na całą resztę. Dyski są podłączone przez SATA bo w tamtych czasach nikomu się jeszcze nie marzyło o M.2 (a szkoda). Jeszcze do niedawna pecet był podłączony do sieci gigabitowym kablem ethernet, ale po niedawnym przemeblowaniu biura trafił pod przeciwległą ścianę i teraz łączy się bezprzewodowo, przez taką fikuśną antenkę nikomu nie znanej chińskiej firmy Rotek, wpiętą w port usb. Wada jest taka, że zamiast 900 Mbps mam teraz “tylko” 250 Mbps – zaleta natomiast – mniej kabli.

Karta grafiki to jakaś przedpotopowa NVidia (da się pograć w większość tytułów pod warunkiem skręcenia parametrów do minimum). Klawiatura Logitech G915 TKL (pisałem o niej tutaj), mysz też Logitech, MX Master 2S, jedno i drugie bezprzewodowe (z wyjątkiem krótkich chwil kiedy trzeba naładować bateryjkę – klawiatura średnio raz na tydzień, mysz raz na trzy tygodnie). Monitor – kobyła, 43-calowy Dell, 3840×2160 pikseli. Bardzo go sobie chwalę, głównie ze względu na proporcje (16×9 zamiast wszechobecnych ostatnio panoram) oraz hub USB i mnóstwo portów wejściowych. Jedyna wada to – o, parodio – rozmiar i waga kiedy trzeba go gdzieś przenieść 😉 No ale nie ma cudów, jak się chce mieć duży monitor, trzeba się liczyć z tym, że się będzie miało duży monitor[citation needed]. Do tego kamerka Razer Kiyo (szału nie ma, ale do służbowych połączeń wystarcza aż nadto) i słuchawki. Jeszcze do niedawna PLT C5220T, ale kilka dni temu miałem z nimi wypadek (zahaczyłem nogą o kabelek przy wstawaniu z krzesła), który zakończył się tragicznie dla wtyczki USB-C i teraz awaryjnie używam dousznych Jabra i kombinuję co by sobie sprawić zamiast tych PLT.

Tak wygląda wtyczka USB-C po przyłożeniu odpowiednio dużej siły naciągającej 🙂

Oprócz tego na biurku stoi też służbowy laptop Della (seria Lattitude) – zdecydowanie mocniejszy od peceta, głównie ze względu na wiek. 32 GB szybkiej pamięci, sześciordzeniowy i7 dziewiątej generacji – wprawdzie z częstotliwością “tylko” 2.6GHz, ale i tak czuć różnicę, zwłaszcza przy zadaniach wymagających szybkiego liczenia, no i napęd M.2 zamiast SATA. Laptopa praktycznie nie używam bezpośrednio (tzn. klapkę ma na stałe opuszczoną) – łączę się do niego przez ssh żeby zarządzać Dockerem i czasem zapuścić jakąś aktualizację. Podobnie jak pecet, laptop też łączy się z siecią przez wlan. Oba komputery mają do rutera nie więcej niż półtora metra, więc bangla to całkiem sprawnie.

Po przeciwnej stronie biurka siedzi sobie szafka z ruterem, a obok pierdylion dynksów wymagających bezpośredniego (tj. po kabelku) podłączenia: baza telefonu stacjonarnego (po cholerę nam telefon stacjonarny? zaraz się wyjaśni), NAS z mnóstwem miejsca na kopie zapasowe, Raspberry Pi oraz kontroler Hue do świateł. Każde z tych urządzeń wymaga co najmniej dwóch kabli: zasilanie + dane, więc trochę się tam kłębią, na szczęście ponieważ zarówno ruter jak i NAS są dość duże, udało mi się owo kłębowisko schować w miarę elegancko.

Telefon stacjonarny przydaje się bo mamy raczej kiepski zasięg komórek (“raczej kiepski” to eufemizm – żeby odebrać SMS-a z kodem jednorazowym do banku trzeba wyjść na dwór) więc obydwoje mamy ustawione przekierowanie połączeń przychodzących na numer stacjonarny.

W takim oto środowisku spędzam około ośmiu godzin dziennie.

Zapisz się
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
4
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x