Chińczyki oszustniki

To już drugi raz w ciągu ostatnich trzech lat kiedy dałem się nabrać na tanią przestrzeń dyskową od Chińczyków.

Wtorek

Przedtem były podejrzanie duże i tanie flaszki USB. Tym razem padło na dysk SSD, zewnętrzny, też USB. Cena rozsądna (okolice €50 + wysyłka), pojemność 1TB, interfejs USB 3.1, a akurat potrzebowałem zewnętrznego dysku do eksperymentów, o których może wkrótce napiszę coś więcej. Co prawda sprzedający na Amazon miał nazwę jakby ktoś przywiązał kotu do ogona puszkę po paprykarzu szczecińskim i postawił na klawiaturze, ale zaryzykowałem i zamówiłem.

Czwartek

Po dwóch dniach zabawka dotarła, więc podjarany jak Fantoft stavkirke rozpakowałem dynks, wpiąłem do portu USB i dawaj na próbę skopiować na niego pięciogigabajtową kopię zapasową systemu plików WSL (przydaje się między reinstalacjami Winzgrozy, ale o tym może kiedy indziej). Na początku szło szybko, tak ze 200 MB/s, ale zaraz okazało się, że to tylko lokalny cache. Za moment spadło do 20 MB/s, 15, 10... wreszcie ustabilizowało się w okolicach ósemki.

Dziwne.

Sprawdziłem dysk, czy się nie grzeje (poprzednim razem jak testowałem fałszywą flaszkę to się grzała jak cegła u Ryśka Riedla) - ale nie, wszystko w porządku. Spróbowałem odczytać plik (Total Commander ma wbudowany taki sprytny podglądacz plików pod F3, przewija się podgląd na sam dół i od razu wiadomo czy cały plik jest dostępny czy nie) - też wszystko OK.

Hm.

Myślę sobie, może trzeba przeformatować ten dysk? Skasowałem więc partycję exFat i założyłem Ext4... to znaczy chciałem założyć. Ale mi nie pozwolił - zesrał się z jakimś dziwnym komunikatem błędu.

Myślę sobie, niedobrze. Na szczęście udało się z powrotem utworzyć exFat. A potem od razu zabrałem się za kopiowanie większej liczby dużych plików, miałem bowiem dziwne przeczucie, że zdechnie w okolicach jakiejś pełnej potęgi dwójki gigabajtów. 8GB przeszło bez problemu, podobnie 16 i 32... a potem się zesrało, z komunikatem, którego kompletnie nie zrozumiałem, za to szesnastkowy numer błędu zaprowadził mnie do strony Microsoftu, na której pokazywali jak sprawdzać uszkodzone dyski.

Czyli tak: zamiast prędkości USB 3.1 dostałem prędkość w okolicy 25% USB 2.0, a do tego pojemność nijak się nie zgadza.

Niewiele myśląc wygrzebałem z kosza na śmieci oryginalne opakowanie, zapakowałem draństwo dodatkowo w niewypstrykaną bąbelkową kopertę i zatwierdziłem zwrot na stronie Amazona, w międzyczasie zamawiając kolejny jednoterabajtowy dysk - tym razem już na elara.ie. Co prawda cena o 10% wyższa, ale sklep sprawdzony wiele razy więc spoko.

Piątek

Co by o Amazonie nie mówić, ale trzeba przyznać, że proces zwrotu zakupów mają zorganizowany bardzo dobrze. Wydrukowałem trzy dokumenty, jeden włożyłem do koperty razem z dyskiem, drugi nakleiłem na kopertę a trzeci instrukcja kazała przekazać pracownikowi poczty (papier celny, bo Brexit, wiadomo). W porze lunchu wyskakuję na pocztę, planując wrócić nie dalej niż za pół godziny (10 minut dojazd, 10 minut na poczcie, 10 minut powrót). Ale życie jak to życie, miało inny plan - wyjechałem przed 12, wróciłem po 13 czyli dobrze ponad godzinę.

Czemu tak?

A no okazało się, że system płatności za parking się był zesrał na rzadko i trzeba było płacić monetą, a ja jak na złość nie miałem pod ręką monety, bo została w kieszeni w kurtce, a akurat zrobiło się ciepło pierwszy raz w tym roku i kurtkę zostawiłem w domu. Dzwonię więc do biura obsługi klienta i mówię:

-- Próbuję zapłacić, ale mi mówi, że błąd.

-- Tak, wiemy, jest w tej chwili problem z płatnościami przez aplikację, trzeba wejść na stronę www i zapłacić tamtędy.

-- A jaki jest adres strony?

-- (tu pan wybełkotał jakiś adres, nie zrozumiałem go kompletnie)

-- Może pan powtórzyć?

-- Ej-Ti-Pi-Oł-Ej Dot Aj Ii - powiedział pan drugi raz, wolniej.

-- OK, dziękuję, do widzenia.

Zaglądam na ej-ti-pi-oł-ej dotcośtam, ale oczywiście nie ma takiej strony. Próbuję wyguglać, bezskutecznie. Dzwonię drugi raz i proszę uprzejmie o ponowne przeliterowanie adresu. Tym razem na głośnomówiącym - od razu wpisuję co i jak - jest - działa, oczywiście to było ej-pi-si-oł-ej dot aj-ii. Rozłączam rozmowę i próbuję wykupić parking na Henry Street w Newbridge, ale... nie ma takiej ulicy. Jest tylko parking całodobowy przy dworcu PKP, €3.50 za 24h zamiast €2.10 za 2h. Pal to licho, myślę sobie, bierę całodobowy i tyle. Zapłaciłem, dostałem potwierdzenie, że jestem zaparkowany, ale na wszelki wypadek dzwonię jeszcze raz do biura obsługi i opowiadam jaka sytuacja. Gość na to, że spoko wodza, widzi mnie w systemie, szafa gra. Dla pewności mówię mu jeszcze, że rozmowa jest nagrywana i czy on się na to zgadza (trochę musztarda po obiedzie, bo o takie rzeczy powinno się pytać na początku rozmowy, ale lepszy rydz niż nic w razie jakby co), on mi na to że nie ma problemu, thanks, b-b-b-b-bye, b-b-bye (kto się żegnał z Irlandczykiem przez telefon ten wie: czym więcej b-bye tym lepiej). Dopiero wtedy się zdecydowałem na podreptanie w stronę poczty - a tam kolejka na kilometr, bo akurat pora lunchu, najwyraźniej nie ja jeden miałem coś do wysłania. Odstałem więc swoje w ogonku, wręczam pani w okienku kopertę a ta mi na to, że co tam jest w środku.

-- Urządzenie elektroniczne - odpowiadam zgodnie z prawdą.

-- A na baterię? - pyta podejrzliwie poczciarka.

-- A nie, bo to dysk twardy jest, nie na baterię.

-- To w porządku, bo jakby była bateria to by pan tego nie mógł za granicę wysłać. Przepisy takie. Ale jak nie ma baterii... Nie ma na pewno?

-- Na pewno nie ma. O tu, patrzy pani, pisze jak byk: dysk twardy. A dyski twarde baterii nie mają. (Nie chciałem już wnikać w przypadki szczególne dysków twardych, które mogą mieć baterię). Tak że tego...

-- No dobra. To będzie dycha. Kartą czy gotówką?

Szkoda mi było wracać za biurko, bo pogoda się faktycznie rozkręciła jakby chciała nadgonić ostatnie osiem miesięcy wiatrów i deszczów, ale nie było wyjścia. Po drodze popodziwiałem jeszcze młodzieńca z gitarą, który całkiem przyjemnie darł ryja...

We were halfway there when the rain came down on the day-i-ay-i-ay
She asked me up to her flat downtown
On a grand soft day-i-ay-i-ay
And I ask you friend, what's a fella to do
Ah - because her hair was black and her eyes were blue
So I took her hand - and I gave it a twirl
Then I lost my heart to a Galway girl

... chciałem mu nawet wrzucić monetę, ale akurat nie miałem, bo kurtka, pogoda, wiadomo, postałem tylko chwilę, pogapiłem się i pogalopowałem do auta.

Przez chwilę pomyślałem sobie jeszcze, że powinienem się domagać zwrotu nadpłaconego za parking euroczterdzieści jak klasyczny Polaczek cebulaczek, ale mi się zrobiło jakoś dziwnie.

Takie to przygody.

9 komentarzy

  1. Ja wiem, iż Amazon, to jak inne platforma sprzedażowe, a nie już sklep. Ale by tak aż tak nie weryfikowali swoich sprzedawców?

    1. Wygląda na to, że powyżej pewnej skali opłaca im się przenieść część weryfikacji sprzedawcy na klienta (który w sumie nic nic nie traci poza spacerem na pocztę). Jeżeli za dużo przedmiotów danego sprzedawcy zostanie zwróconych, automatycznie go flagują i już.

      Tak sobie tylko teoretyzuję – nie wiem tak naprawdę jak to działa.

      1. A w Polsce przyszłoby paczkomaten i potem paczkomatem można oddać, nawet bez etykiety. Ale my 100 lat za Irlandczykami, co tam, gdzie tam… 😉

        1. Ale my tylko pod tym względem mamy dobrze ogarniętą sieć pick-up. Do obierania przesyłem, i to w praktyce od monopolowego operatora tych urządzeń, który i tak gra bardziej fer, niż inny narodowy operator.

        2. Pod wieloma względami rozwiązania znane w Polsce są o niebo lepsze od irlandzkich. Szczególnie w przypadku bankowości on-line. Dość w sumie proste funkcje oferowane przez Inteligo w 2005 roku (na przykład przelew z przyszłą datą, którego zdefiniowanie blokuje środki na koncie) w dalszym ciągu są nieznane bankom irlandzkim w roku 2022. System działa, ale chwilami ma się wrażenie, że pod maską są klepsydry, gnomy i mnóstwo sznurka od snopowiązałki 🙂

          1. Ogólnie bankowość internetowa i cały tech bankowy, w Polsce siedzi na dość wysokim poziomie i do tego jest szeroko implementowany przez społeczeństwo. Nie chodzi mi tu o samą bankowość internetową, ale też i BLIK czy wykorzystanie paypassa.

            1. Nie wiem co to ten PayPass, z tego co czytam na wiki to jakiś system płatności zbliżeniowych, tak? Jeżeli chodzi o płatności zbliżeniowe różnymi urządzeniami (telefony, smart-zegarki itd.) to akurat w Irlandii jest całkiem nieźle (GooglePay, ApplePay i co tam jeszcze).

              1. Tak to to, a dokładniej podstawy tego. Bo najpierw Visa i MasterCard przygotowały technologie PayPass/PayWave. A następnie Google/Apple/Garmin i inni z wykorzystaniem emulowania fizycznej karty przez telefon za pośrednictwem technologi HCE stworzyli te wszystkie swoje Pay, które udają kartę płatniczą.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.