Ufam elektrykowi

Znajomy wypożyczył mi ostatnio wiosło. Co prawda nie mam łodzi, ale to się akurat dobrze składa, bo wiosło jest elektryczne.

Łodzi elektrycznej też nie mam.

W każdym razie wiosło jest, ku utrapieniu otoczenia. Muszę się teraz naumieć posługiwać kostką (póki co używam kostki wyłącznie do wyszukiwania twardych elementów umeblowania, po ciemku, ale to nie ta kostka). Kostkę mam, ale jakoś nie mogę się przemóc, żeby nią grać. Oczywiście odgłos struny trącanej kostką jest zupełnie inny (przychodzą mi na myśl słowa typu “czysty” ewentualnie “krystaliczny”), ale jestem uparte bydlę i wolę grać paluchami.

Nawet na wiośle.

Do wiosła dostałem w zestawie wzmacniacz firmy Marshall, przy którym mój stary wzmacniacz wygląda jak pudełko od zapałek przy budynku hotelu “Dom Chłopa” w Słupsku. W zasadzie mógłbym zmieścić mój stary wzmacniacz we wnętrzu tego Marshalla i jeszcze zostałoby miejsce na drugi.

Z tym, że drugiego nie mam.

Wzmacniacz waży mniej więcej tyle, co średniej wielkości czarna dziura. Na szczęście ma dużo od niej mniejszą sferę Schwarzschilda, dzięki czemu jeszcze mogę pisać. Poza stosunkowo niewielką sferą Schwarzschilda wzmacniacz ma mnóstwo wejść i wyjść, na których się kompletnie nie znam. Z głupia frant wetknąłem kabelek od wiosła w pierwsze wejście, które znalazłem, opatrzone tajemniczo brzmiącym napisem “Input”. I co? I sukces! Wtyczka siedzi całkiem mocno.

Z tym, że niczego nie słychać.

Podkręciłem nieco pokrętła Master Volume jak również Gain – efekt był wspaniały. Pokrętła chodzą bezgłośnie, jakby były nasmarowane najwyższej klasy olejem nanocząsteczkowym. Z tym, że nadal niczego nie słychać.

Palnąłem się wreszcie w czoło, po czym podpiąłem kabel zasilający do gniazdka w ścianie. Przedtem zmniejszyłem Master Volume oraz Gain, żeby mi nic nie wybuchnęło w uszach. Zrobiłem cichutkie “brzdęk” najcieńszą struną…

… po czym włączyłem przycisk POWER na obudowie Marshalla…

… po kolejnym martwym “brzdęk” podjąłem próbę podgłośnienia wzmacniacza. Bez efektu. Tzn. źle mówię. Efekt oczywiście był. Pokrętła nadal chodziły bezgłośnie, niczym lektura dobrych pomysłów podatkowych polskiego rządu. Z tym, że gitara wciąż milczała.

Zacząłem się już martwić, czy aby nie wypożyczono mi uszkodzonego wzmacniacza, kiedy nagle wzrok mój padł na gniazdko elektryczne. W Irlandii istnieje obowiązek mania gniazdek z osobnym w(y)łącznikiem – w razie czego można dowolne urządzenie wyłączyć pstrykając pstryczek w gniazdku. Załóżmy, że żelazko się świeci – zamiast szukać azbestowej rękawicy, żeby wyłączyć żelazko przy żelazku, wyłączamy żelazko przy gniazdku i możemy sobie dalej spokojnie kontempluć.

Wracając do wzmacniacza – tak, przełącznik przy gniazdku to było ostatnie brakujące ogniwo tego energetycznego łańcucha.Wzmacniacz, nakarmiony wreszcie prądem, cichutko stęknął, zaświeciła się lampka, można grać.

Jednak delikatne “brzdęk” nadal pozostawało bezgłośne.

Policzyłem spokojnie do piętnastu. Nie pomogło. Powtórzyłem w głowie wszystkie cyfry liczby Pi, na wszelki wypadek w obie strony. Nic. Odłożyłem wiosło. Przejrzałem wszystkie kable (są dwa: jeden od wiosła do piecyka, drugi od piecyka do gniazdka z prądem). Przełączyłem wszystkie możliwe przełączniki w promieniu parseka.

Nic.

Zacząłem już całkiem na poważnie rozważać kupienie w pobliskiej aptece odpowiednika Nervosolu, kiedy mój lekko już obłąkany wzrok padł na obudowę wiosła, na której widniały cztery pokrętła. Wszystkie skręcone na zero.

Bingo…

Podkręciłem wszystkie cztery pokrętła do połowy i lekko trąciłem najcieńszą strunę.

Master Volume oraz Gain były wtedy ustawione na jakieś 30%.

Pamiętacie, jak Marty McFly bawił się gitarą podpiętą do megawatowego wzmacniacza ze ścianą wielkich głośników?

Tu było zupełnie inaczej. Nie odrzuciło mnie na przeciwległą ścianę. Ale ryk ze wzmacniacza był taki, że gdyby w pobliżu były jakieś byki, prawdopodobnie przybiegłyby na krycie.

Na szczęście byków akurat chwilowo pod ręką nie było. Ściszyłem wzmacniacz do sensownych wartości – i zacząłem brzdąkać.

Ha.


Liczba słów w tym wpisie: 752

Sprawdź też

24 powody do uśmiechu czyli co śmieszyło mnie w czerwcu 2019

Tradycyjna comiesięczna porcja endorfin dla ponuraków.

54 powody do uśmiechu, czyli co śmieszyło mnie w maju 2019

Śmiech to zdrowie!

Zapisz się
Powiadom o
guest
9 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
9
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x