Weekend w Connemara

A może w Connemarze? Nie, tu chyba nie odmieniamy. Tak czy siak, niezależnie od odmiany (lub jej braku), spędziliśmy z Żonką niedawno weekend w samym środku półwyspu Connemara, jednego z najbardziej urokliwych zakątków Irlandii. Co prawda przemieszkawszy dwa lata w hrabstwie Donegal jesteśmy w miarę uodpornieni na wszelkie przejawy geograficznego piękna, ale i tak było fajnie.

Po pierwsze primo, udało nam się pojechać tylko we dwójkę – córa została na cały weekend z Q-z-Ynką. Był to pierwszy raz kiedy zostawała bez naszej opieki przez dwie noce pod rząd – no ale z drugiej strony, ona ma już prawie siedem lat, nie można przesadzać z tą opiekuńczością, prawda?

Trasa w tamtą stronę była prosta jak z bicza strzelił. Udało nam się wyjechać parę minut po czwartej. W piątek po południu drogi wyjazdowe z Dublina są na ogół zapchane, jednak o czwartej większość ludzi jeszcze pracuje, dzięki czemu udało nam się uniknąć korków.

Po drodze szybkie tankowanie kofeiny i paliwka w Enfield (mój ulubiony przystanek na M4) i potem już prościutko do celu. Cel znajdował się parędziesiąt kilometrów za Galway, w samym środku półwyspu Connemara. Hotel dość elegancki, acz – jak wiele irlandzkich hoteli – ciut trącący myszką. Jednak nie przyjechaliśmy tam żeby tkwić w hotelu, nieprawdaż…

Zasięgu sieci komórkowej prawie nie było – trzeba było się wspinać na palcach przy oknie, żeby uzyskać połączenie głosowe – o jakimkolwiek dostępie do Internetu można było zapomnieć. Wyobraźcie sobie, moiściewi, trzy dni bez dostępu do Sieci. Toż to Katharsis nieomal. No ale od czasu do czasu to nawet wskazane.

Codziennie rozmawialiśmy z córą przez telefon, co najmniej dwa razy, a czasem nawet trzy. Stęskniona była za nami bardzo.

Piątek wieczorem upłynął na nicnieróbstwie, późnym obiedzie (hotel, pomimo wyglądu jak za wczesnego Gomułki, serwował wyśmienite potrawy) i ogólnym oswajaniem się z brakiem dzieci i dużą ilością wolnego czasu (rzecz dla nas obydwojga dość niebywała).

W sobotę rano wrzuciliśmy na ruszt hotelowe śniadanko (full Irish + soczki, płatki, kawa, herbata etc) i pognaliśmy oglądać okolicę.

Z racji zaawansowanego stanu błogosławionego mojej sympatycznej Małży, z góry wykluczyliśmy wszelakie atrakcje wymagające większego wysiłku fizycznego (a więc skoki na bungee, ze spadochronem, wspinaczkę, marszobiegi, przejazdy rowerami po górach i tym podobne). W naszym zasięgu pozostawały więc głównie muzea, krajobrazy, sklepy i kafejki.

Żona uwielbia sklepy ze starociami oraz tak zwanymi duperelami, więc zaszliśmy do kilku takich miejsc – muszę przyznać, że o ile zwykle szybko się męczę i nudzę w takich rupieciarniach, o tyle tutaj było nawet interesująco. Przed drzwiami wejściowymi do jednego sklepu zauważyliśmy taki oto zabawny napis:

galway01
W środku były dwa piętra – na dole duperelki, na górze obrazy i artystyczne zdjęcia. Najbardziej wpadł mi w oko stojak na butelkę wina, wykonany w kształcie metalowego ludzika ze śmiesznymi uszami:

galway03 galway02
Przemieszczając się bez żadnego planu, trochę na zasadzie ruchów Browna, trafiliśmy do kopalni Glengowla – muzeum składającego się głównie z trzydziestometrowej głębokości kopalni oraz otaczających kopalnię budynków mieszkalno – usługowych. Kopalnia była czynna w okolicach połowy dziewiętnastego wieku i „zaledwie” przez piętnaście lat. Jednak robi wrażenie, zwłaszcza dla nas, totalnych kopalnianych lajkoników. Udało nam się zejść na sam dół. Na szczęście nie trzeba było się spuszczać po linie (przepraszam wszystkie ryby słodkowodne za tę nieszczęsną dwuznaczność), ani schodzić po zmurszałej ze starości drabince drewnianej – zamiast tego są tam normalne, betonowe schody, którymi da się zejść prawie na sam dół. Kopalnia ma około czterdziestu metrów głębokości, jednak ostatnie dziesięć metrów jeszcze nie zostało zagospodarowane dla turystów.

Wrażenia są konkretne, a opowiadane przez przewodnika historie – dość dołujące. Mówił o górnikach pracujących tygodniami w zimnej wodzie po pas (albo i po piersi), chorujących na zapalenie płuc i zarabiających szylinga albo pół na tydzień (jak ktoś miał pecha, mógł nawet pracować miesiąc za darmo, płaciło się od efektów a nie od czasu spędzonego w dziurze), o tym, jak wierci się otwory na ładunki wybuchowe (ręczne wywiercenie jednego otworu głębokości metra i średnicy półtora – dwóch centymetrów zajmowało od czterech do dwunastu godzin, w zależności od rodzaju podłoża – a do podłożenia ładunku trzeba było takich otworów zrobić trzy).

galway07 galway06
Po kolejnych kilometrach losowego jeżdżenia tu i tam znaleźliśmy znienacka Ceardlann Craft Village, gdzie można było podziwiać nie tylko gotowe produkty ręcznej roboty, ale również warsztaty, w których owe produkty powstają. Niestety, wszędzie był zakaz fotografowania, więc cyknąłem tylko parę zdjęć z daleka:

galway14 galway13 galway12
Jest tam dobrze ponad dziesięć osobnych sklepików – pracowni, najrozmaitszych profesji. Jest szkło, drewno, wosk, tkaniny i parę innych, których nie pamiętam bądź nie umiem nazwać. W każdym razie nie nudzi się. W jednym z warsztatów na biurku stał stary MacIntosh, z lekko przerobionym logo z jabłuszkiem:

galway04
Potem jeszcze szybka wizyta w przydrożnej kafejce, gdzie zjedliśmy po ciachu (młody w brzuchu domagał się swojej porcji kalorii) i wypiliśmy po kawce und fraubatce… pardon, herrbatce, i się nagle zrobiło wieczornie i trzeba było zwijać żagle do hotelu. Tam znów obiadokolacja w hotelowej knajpie i hyc do pokoju.

No a w niedzielę trzeba było zabierać się za powrót, albowiem dziecko w telefonie wyrażało intensywnie swe oburzenie przedłużającą się nieobecnością rodziców, a także, ponieważ nazajutrz trzeba było wracać do szarej rzeczywistości na zmywaku. Tymczasem jednak była wciąż niedziela rano, tak więc po śniadanku zrobiliśmy szybki check-out, wskoczyliśmy w Srebrnego Szerszenia i pognaliśmy w kierunku (chciałoby się napisać „zachodzącego słońca”, ale ponieważ było rano, czujny Czytelnik szybko wyłapałby ściemę) Dublina. Po drodze natrafiliśmy jeszcze na Aughnanure Castle, szesnastowieczny zameczek 10 minut od głównej trasy, nad rzeczką, opodal krzaczka.

galway08

Bardzo klimatyczne miejsce – przedreptaliśmy teren zamku wzdłuż i wszerz, wleźliśmy nawet do środka i takimi wąziutkimi, spiralnymi schodkami…

galway24 galway23 galway22

…wspięliśmy się na samą górę (niestety, wszędzie były bardzo brudne szyby i nie dało się w związku z tym pstryknąć z góry fotki otoczenia), popodziwialiśmy, pocmokaliśmy z zachwytu – i wyruszyliśmy w dalszą drogę.

 

galway21 galway20 galway19 galway18 galway17 galway16 galway15

Powrót przebiegł bez większych przygód. Tradycyjnie już Enfield, tankowanie, brrrummm i już w okolicach godziny czwartej po południu powitaliśmy rodzinne pielesze.

A dziecko, ku naszemu zdumieniu, posiedziało z nami z dziesięć minut, po czym wróciło do zabawy lalkami. Ot i tyle z jej tęsknoty 🙂

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Weekend w Connemara"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
lacki
Gość

czyli mieliście atrakcji Coniemiara… też już rozmyślamy nad tym by oddać dzieci pod kuratelę dziadków bądź cioci tylko co my z wolnym czasem zrobimy… no chyba nie kolejne…

Anna
Gość

Zazdroszczę takiego wyjazdu we dwójkę!!! My nie mamy tu już rodziny, więc nawet do kina wyjeżdżamy osobno. Nawet nasz wyjazd do Co. Kerry byłby inny, podejzrewam, ze bogatszy w zwiedzanie, gdyby nie trójka dzieciaków. No, ale kiedyś…to sobie odbijemy.

Conemara marzy mi się już od jakiegoś czasu, może wprzyszłym roku tam pojedziemy? Wtedy skonfrontuję wrażenia swoje własne z Twoimi:)

Anka

wpDiscuz