"Dark Eden" to z pozoru SciFi, w rzeczywistości zaś eksperyment myślowy Autora, który próbuje wydedukować jak wyglądałoby społeczeństwo, które wystartowało z "odwróconego Edenu". Dlaczego odwróconego? Otóż w aktualnie obowiązującej lokalnej legendzie para została wygnana z Edenu za spożywanie owoców wbrew zaleceniom Sanepidu. Tu natomiast para została przygnana do Edenu i może się opychać lokalnymi specjałami do woli i bez żadnych limitów.
A tak bardziej na serio: około 160 lat temu ekspedycja ludzi odkryła planetę, której udało się wyrwać z grawitacyjnej studni gwiazdy macierzystej i która popiętrala sobie teraz radośnie przez naszą Galaktykę w (prawie) całkowitej ciemności. Ponieważ jednak nadal ma zasoby geotermiczne, lokalna flora i fauna przystosowała się do życia bez zewnętrznej lampki. Atmosfera tlenowa, podobna do ziemskiej. Lądy, morza, góry, doliny, lasy. Wszystko dość dziwne, fosforyzujące, ale kompatybilne z ziemskim życiem na tyle, że da się tym pooddychać, napić i najeść.
Z lądownika wyszło wtedy pięć osób. Wskutek rozmaitych wydarzeń i awarii, udało się odlecieć tylko trójce z nich, a dwójka (oczywiście pan z panią, inaczej nie byłoby książki) pozostała na Edenie i się rozmnożyła na tyle skutecznie, że lokalna ludzkość liczy teraz ponad pięć setek.
Kultura jest prymitywna. Nie znają elektryczności, zaawansowanej mechaniki, polują na lokalne ptaki, węże, nietoperze i bizony, uciekają przed groźnymi śnieżnymi leopardami i ogólnie starają się przetrwać. Jest chudo, ale jest.
Mają legendy ze starej Ziemi. Bardzo mocno poprzekręcane, powtarzane - często bezrozumnie - z ust do ust przez pokolenia. Mają więc też język. Zasadniczo angielski, choć bardziej "angielskawy". Ten zubożony-wzbogacony wariant języka może na początku trochę odstręczać kogoś, kto wychował się na gryce, świerzopie i dzięcielinie, ale po kilkunastu stronach idzie przywyknąć. Człowiek po prostu zanurza się w języku i te udziwnienia przestają przeszkadzać. Przykładowo bohaterowie zamiast "kill" mówią "do for", zamiast "have sex" mówią "slip", zamiast "electricity" mówią "lecki-tricity".
Wskutek chowu wsobnego wielu cierpi na różne wady wrodzone, najczęstsze to zajęcza warga i zdeformowane stopy. Ze starych legend wiedzą, żeby nie spać z bliskimi kuzynami, ale nie do końca rozumieją dlaczego. A poza tym ciężko tam znaleźć kogoś, kto nie jest bliskim kuzynem...
W takich to okolicznościach powieść się zaczyna, a co dzieje się później - nie zdradzę, bo wiadomistrz, nie chcę popsuć niespodziewajki w razie gdyby ktoś po tę pozycję sięgnął.
Moja prywatna ocena - hmmm. Pierwsza część (to jest trylogia!) moim zdaniem okolice 6/10. Gdyby nie silna polecajka zaufanego współczytawca, prawdopodobnie nie dotrwałbym do końca.
Czemu tylko sześć?
Sam pomysł świata jest bardzo ciekawy. Widzimy, jak z pokolenia na pokolenie legendy pomalutku dryfują w stronę religii. Całkiem solidnie są też rozwiązane kwestie przeżywalności, zwłaszcza ograniczenia dostępu do żywności w obliczu eksponcjal... eksypoten... epoksy... wykładniczego tempa wzrostu populacji. Co mi się nie spodobało, to monowątkowość oraz odgórnie przez Autora narzucone ogłupienie naszej rasy. Owszem, mogę sobie wyobrazić, że po pięciu czy sześciu pokoleniach niezdrowych krzyżówek inteligencja może nieco spaść, ale nie aż tak.
Mając powyższe na uwadze, z pewnym niepokojem sięgnąłem po część drugą, którą aktualnie konsumuję (jestem w okolicach jednej trzeciej) - i jest dużo ciekawiej. Znajomy twierdzi, że końcówka trylogii urywa dupę, więc choć początek słabawy, całość chyba się obroni.
Nie wybiegajmy jednak za bardzo w przyszłość. Na razie sześć, z lekką tylko tendencją zwyżkową.

Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]
Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.