Coś wisi w powietrzu

Wizja lokalna wykazała, że zawinił – jak to zwykle bywa – człowiek.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka dni temu zauważyliśmy, że w schowku…

Schowek to pomieszczenie z założenia mające służyć jako skrzyżowanie garderoby z, dajmy na to, spiżarnią, ale z upływem lat ewoluuje w dżunglę najrozmaitszych zaskakujących artefaktów. Można tam znaleźć mopa i stary fotelik samochodowy, i przybory do malowania, i sześć zestawów toreb podróżnych zapakowanych niczym matrioszki jedna w drugą dla zaoszczędzenia miejsca, i kartony z choinkownią, i tajemniczą Szufladę z Narzędziami, i buty w ilościach mogących zaspokoić zapotrzebowanie niewielkiej hurtowni obuwniczej na dobry miesiąc, i odkurzacz z długą, zawadzającą o wszystko rurą, i Wogle. Zwłaszcza Wogle. Mnóstwo Wogli. Dzikie tabuny Wogli włóczące się bezpańsko po tych pięciu metrach kwadratowych schowkowej dżungli. Innymi słowy, cały skomplikowany ekosystem, który – gdyby go zostawić w spokoju na milion lat – prawdopodobnie wyewoluowałby umiejętność grania w klipę.

… że w schowku coś jakby wisiało w powietrzu. I nie mówimy tu teraz o klasycznej lewitacji, którą – jako zjawisko niemożliwe – natychmiast zakwalifikowalibyśmy do zbioru zjawisk wywołanych zbiorową psychozą – nie. Tu chodziło wyłącznie o doznania olfaktoryczne. Krótko mówiąc, coś jakby dziwnie pachniało, ale nie na tyle, żeby wywołać panikę.

Stwierdziliśmy, że pewnie któremuś dziecku jakiś owoc musiał spaść w obszarze szczególnego zagęszczenia klamotów – i że jak poleży dzień albo dwa to da się go łatwiej namierzyć.

Dzień później woń zaczęła nabierać już całkiem niezłej tężyzny – udało się już z dość dobrą dokładnością wyznaczyć ćwiartkę, w której źródło owej perfumy się źródliło. Ale jak to zwykle bywa, coś wypadło, coś trzeba było pilniejszego zrobić i „jakoś” się zagadnienie rozeszło po kościach.

Niemniej jednak dnia trzeciego sprawa zrobiła się poważna. Zapach kojarzący się odrobinę z rozkładającym się wielbłądem, trochę jakby mieszanką wilgotnego kompostu z trzyletnią, niegdyś kiszoną, kapustą, a trochę jakby najzwyklejszą, za przeproszeniem, kupą.

Capiometr wykazał pięć i siedem dziesiątych kilocucha na milę kwadratową (mamy jeszcze miernik starego typu, wyskalowany w jednostkach imperialnych), a więc należało Działać.

We dwójkę błyskawicznie namierzyliśmy źródełko owej aromatycznej obfitości.

Okazała się nim torba.

Torba, której nasze starsze dziecko używa raz w tygodniu, kiedy chodzi na basen. W torbie ręcznik, drugi ręcznik… i to w zasadzie wszystko.

A nie, wróć.

Ręcznik, drugi ręcznik oraz całkiem pokaźnej wielkości kocie gówno.

Jeżeli jest tu jakiś w miarę regularny Czytelnik, być może kojarzy, że jakiś czas temu zainstalowaliśmy sobie w domu kota. A raczej Kotę. Owa Kota jest zjawiskiem niezwykle puszystym, przyjaznym, przezabawnym oraz mnóstwo innych przymiotników (nie tylko na „p”). Jest też wytresowana w zagadnieniach toaletowych – nigdy, przenigdy nie zdarzyło jej się zrzucić Dwójeczki gdziekolwiek poza kuwetą. Dla spokoju ducha, żeby mieć pewność, że Kota zawsze ma dostęp do Przybytku Zadumy, kuwety są dwie: jedna w łazience, a druga w salonie, zwanym w lokalnym narzeczu living-roomem. Domownicy są już wytresowani, żeby nie zamykać drzwi do łazienki, wszystko cacy.

Z tym, że nasz najmłodszy Latorośl czasem się zagalopuje i drzwi do owej łazienki jednak zamknie.

Pech chciał, że drzwi do liv… pardon, do salonu, również były tamtej nocy zamknięte. Efekt: Kota ograniczona do trzech pomieszczeń: schowek, korytarz oraz nasza sypialnia.

Musiało ją naprawdę fest przycisnąć. Prawdopodobnie miauczała. A my musieliśmy wtedy spać jak zabici, bo niczego nie słyszeliśmy.

Kota jest Mądra. Nie wybrała śnieżnobiałej, niczym mickiewiczowska gryka, pościeli naszego łóżka. Nie zdecydowała się na zbezczeszczenie kusząco wyglądającej przestrzeni za którąś z szafek. Nie narobiła na środku korytarza. O, co to, to nie. Znalazła sobie w schowku torbę (taką turystyczną, z wielkimi uszami), w torbie były dwa ręczniki, które najwyraźniej w jakiś sposób skojarzyły się Kocie z jej utęskniona kuwetą. Wlazła więc do torby i zrobiła co trzeba, a następnie zamaskowała efekty swej wytężonej pracy, przykrywając je dość szczelnie owymi ręcznikami.

Torbie, która była już dość leciwa, oraz ręcznikom, które wprawie aż tak leciwe nie były, ale jak trzeba to trzeba, powiedzieliśmy good bye, następnie zapakowaliśmy je w podwójny zestaw worków na śmieci i wyekspediowaliśmy w trybie przyspieszonym na pobliski śmietnik.

Ciuchy powędrowały na jakiś czas na Zewnątrz schowka. Tak na wszelki wypadek. Mogłyby przejść aromatem i potem byłoby niezręcznie tłumaczyć się, w której drogerii zaopatrujemy się w perfumy…

Ot, taka to gówniana historyjka.

Jak to mówią, jaki blog, takie historie… 😉

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Coś wisi w powietrzu"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
hrabina
Gość

Uśmiałam się, ale trzeba przyznać, że faktycznie wytresowana ta Wasza kota 🙂 Do nas przychodzi kotka sąsiadki i spędzając pół dnia wypróżnia się w ogrodzie, ale… wybiera sobie miejsca między kwiatami, w kącikach i stwierdziłam, że chyba już nie będę z nią walczyła, bo poniekąd, można powiedzieć, że użyźnia mi ziemię. Dodatkowo, z całego parkingu, wybrała sobie nasz samochód i śpi na masce… tylko na naszym wozie. Skąd ta decyzja?

Gabriela
Gość
Moja, świętej pamięci Grucha, mruczała wyjątkowym basem i warczała lepiej od niejednego psa. Przerzedziła szalenie odwiedzających nas znajomych, siadając na wprost wybrańca, pysk w twarz, i wpatrując się nieruchomym wzrokiem prosto w oczy. Przy najmniejszym ruchu osaczonego warczała. Nikt tak potraktowany nie przetrwał. Tym bardziej, ze naprawdę była groźna i słynęła z tego. Nikomu, poza wybrańcami, nie wolno było jej dotykać, mówić o niej, patrzeć za długo … (listę czego nie wolno dość długa miała), bo mógł oberwać pazurami albo zębami – gryzła. To było najbardziej wyjątkowe zwierze w naszym domu i kochaliśmy ja najbardziej, no i sporo się nauczyliśmy… Więcej »
wpDiscuz