Aktywnie z rana

Doszedłem do wniosku, że przez to siedzenie w domu strasznie mało się ruszam. Normalnie przynajmniej raz, dwa razy w tygodniu miałem spacer z domu na dworzec kolejowy (i z powrotem), czyli prawie godzina dreptania. W pracy w porze obiadowej też zawsze sobie wychodziłem pospacerować po okolicy - co prawda w mieście głośno i szaro, ale zawsze te 15, 20 minut spacerku wzdłuż Liffey było. W domu tymczasem - klops. Człowiek rano wstaje, zaparza sobie kawę czy herbatę i zaraz siada do zdalnej pracy.

Dlatego też po mniej więcej dwóch tygodniach domowej kwarantanny postanowiłem coś z tym zrobić. Wstałem sobie któregoś dnia, wrzuciłem na plecy kurtałkę (bo jednak marzec to marzec, wiadomo) i podreptałem na poranny spacer.

Dotarcie nad Liffey (tak, mieszkam w pobliżu!), przejście wzdłuż ścieżki spacerowej i powrót zajmują prawie dokładnie pół godziny. Nie jest to zbyt wiele, ale lepszy rydz na pochyłe drzewo, póki mu się ucho nie urwie, czy dzięcioł na sęku. Czy coś.

Ścieżynka spacerowa wygląda mniej więcej o, tak:

W dni mgliste oczywiście słońca nie widać, jest za to smętnie i szaro:

Po drodze, w dość równych odstępach poustawiali słupki, a na nich koła ratunkowe dla tych, którzy z jakiegoś niepojętego powodu chcieliby wejść do rzeki:

Są też tu i ówdzie obowiązkowe ostrzeżenia dla właścicieli piesków:

Prawda jest jednak taka, że przepisy te są słabo egzekwowalne i chodząc po trawie od czasu do czasu można się napatoczyć na niespodziankę. Niezbyt często, ale jednak. W dodatku cennik usług zmienia się od osiedla do osiedla; widziałem tanie psio-sralne trawniki, gdzie można zostawić kupę za jedyne €1000, widziałem też miejsca bardziej ekskluzywne, gdzie trzeba już wyłożyć €5000 albo i więcej. Dobrze chociaż, że cenniki są wyraźnie widoczne, człowiek nie kupuje kota w worku. Czy też raczej psa.

Na samym końcu spacerniaka jest mur zieleni, któremu o tej porze roku zachciało się wypuścić trochę białych, ładnie wyglądających cosiów:

Grube, mięsiste liście aż się proszą, żeby je przeżuwać. Na szczęście w pobliżu nie zaobserwowałem żadnych przeżuwaczy.

Rzeka oczywiście robi to, co rzeki potrafią najlepiej, czyli przewala wodę z prawa na lewo:

Podobno warto robić spacery minimum czterdziestominutowe, dopiero po tym czasie coś się tam w człowieku załącza. Ale nie pamiętam już co i jak, pewnie jak zwykle coś poplątałem.

W każdym razie do domu wróciłem ze świeżym umysłem, gotów grabić korporacyjne liście zdalną miotłą, jak pambuk przykazał.

P.S. Niewykluczone, że przez ten cały pieprznik z izolowaniem się od społeczeństwa nagle będę miał ciut więcej czasu na prowadzenie blogu. Zobaczymy...

9 komentarzy

  1. Kontynuuj. Warto poruszać się trochę. Jeszcze przyjemniej będzie, kiedy zabierzesz ze sobą psa.

  2. wydaje mi się, że stojący na drugim brzegu mogą się z Tobą nie zgadzać….
    a poza tym cosie i inne tentegesy mi się nie wyświetlają niewiemczemu…?

    1. Oj tam, wystarczy że ci po drugiej stronie rzeki staną na głowie i się znów będzie zgadzać. Co do cosiów i tentegesów to już mi tu inni zgłaszali kłopoty z wyświetlaniem. Musiałem walnąć młotkiem tu i ówdzie i teraz powinno być ok.

  3. Jeśli chodzi o psie kupy, to permanentnie pozostaję w konfuzji. Po pierwsze nigdy nie rozumiałem ograniczenia tego przepisu: jakbym przyszedł z krową/koniem/ostronosem/hipopotamem to już nie muszę sprzątać. Literalnie nie. Ponadto psia kupa to najbardziej ekologiczne śmieci, jakie napotykam w mojej okolicy, a śmieci
    napotykam wiele.

    Przyznaję się, że zimą dałem sobie wolne od sprzątania po piesku, bo ciemno, śniegu nie było, nie da się tego zidentyfikować, a świecić mi się nie chce. Tym bardziej że nieliczne stacje z workami na kupę były puste przez całą zimę. Cały czas jednak zastanawiałem się, jakich rozmiarów minimalnych jest kupa, która wzbudza irytację okolicznej społeczności. Bo jako właściciel psa wielkiego duchem, ale masą nie bardzo, wkurzałem się na kupy psów o wielkości małego konia. No, wystają ponad krajobraz i już!

    Jeszcze jedna refleksja dotyczy prawa własności, ponieważ u mnie również groźba karalna ogranicza się do “po swoim psie”. Co w przypadku, gdyby okazało się, że kupa nie należy do “your dog”???

    1. Chodzi głównie o to, żeby inni ludzie nie musieli omijać psich kup, kiedy najdzie ich ochota na spacer. Jeżeli w okolicy danego trawnika mamy 20 czy 30 domostw z psami, bez odpowiednich przepisów (i ich egzekwowania) trawnik błyskawicznie zamieni się w psi sracz i będzie naprawdę niewesoło. W niektórych krajach (Dania, o ile mnie pamięć nie myli) wprowadzono nawet testowanie DNA psich kup w celu identyfikacji “przestępców”. Moim zdaniem to już lekki overkill. Jest jak jest.

      Co do worków na kupy to paczka / rolka stu torebek kosztuje grosze, zajmuje niewiele miejsca i każdy właściciel psa powinien mieć jedną w kieszeni. Niewielki wysiłek, a dzięki temu inni mogą napawać się względnie czystym trawnikiem.

      1. Ciekaw jestem, jak to się będzie zmieniać. Powoli przestajemy strzyc trawniki, a zaczynają dochodzić do głosu miejskie łąki kwietne. Tymczasem egzekwowanie śmiecenia w jakikolwiek sposób pozostaje w postaci tekstu na tabliczce.
        Ps. Czy u ciebie takie tabliczki też są na wysokości wzroku psa, a nie człowieka? U mnie ledwo wystają ponad trawę.

Leave a Comment

Komentarze mile widziane.

Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]