Człowiek – patyk-ze-sznurkiem, czyli najgorzej wydane dziewięć Jerzych

Pomimo nieustającego kryzysu, zaszaleliśmy wczoraj i poszliśmy do kina obejrzeć najnowsze dziecko Dziewiątej Muzy czyli kontynuację opowieści o Batmanie. Po naszemu: The Dark Knight Rises (czyli Ciemny Rycerz Powstaje, prawie jak w tym kawale o Czarnym Rycerzu, tylko bez scen niecenzuralnych).

Zanim jednak trafiliśmy do sali kinowej, postanowiliśmy, w ramach napędzania lokalnej gospodarki, spożyć jakąś wieczerzę w pobliskim fastfudzie z Edmundem i rakietą w nazwie, słynącym z najbardziej niezdrowych, za to niezwykle smakowitych hamburgerów. Hamburgery okazały się – zaiste – przepyszne. Oblizawszy palce udaliśmy się wreszcie do kina, gdzie – dziesięć minut przed seansem – spróbowaliśmy w drodze kupna nabyć trzy sztuki biletów.

Niestety, na najbliższy seans (20:00) wszystko było już wykupione. Na następny (pół godziny później) zostały tylko dwa miejsca, a nas było troje. Kupiliśmy więc trzy bilety na 21:00, po czym przez kolejną godzinę szwendaliśmy się po okolicznym centrum handlowym. Nudy.

Gdybym ja wtedy wiedział, na jaki film się porywam, wolałbym chyba spacerować przez kolejne trzy godziny po cichnącym Dundrum, zamiast zmarnować je na kątemplucie filmu. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Uwaga: od tego miejsca możesz, Czytelniku, przeczytać o niektórych szczegółach fabuły (o ile można to nazwać fabułą…) najnowszego filmu o Batmanie. Jeżeli więc cierpisz na nadmiar szczęścia i chcesz za wszelką ceną obejrzeć film samodzielnie (w wyniku czego być może będziesz chciał odgryźć sobie potem nogę), nie czytaj dalej.

Film zaczyna się od sceny, w której jacyś bandyci wrzucają na pokład samolotu paru gości z workami na głowach, a następnie startują i próbują ich wystraszyć poprzez wystawienie ich głów na zewnątrz samolotu oraz oddawanie strzałów z broni krótkiej w okolicach uszu tych zakapturzonych. Końcem końców okazuje się, że ci w kapturach to jeszcze gorsze bandziory niż ci bez kapturów, że mają kolegów w większym samolocie obok, jest dużo efektów specjalnych, m. in. scena abordażu powietrznego, końcem końców mniejszy samolot, bez skrzydeł i ogona, spada, a większy, z bandziorami oraz jednym wykradzionym naukowcem, odlatuje w siną dal.

Naukowiec, okazuje się, był bandziorom potrzebny do tego, żeby przerobić generator darmowej, ekologicznej energii na bombę nuklearną, która następnie miała wysadzić w powietrze całe Gotham (czy jak tam się to pisze). Wyjaśnia się to mniej więcej w jednej trzeciej filmu, i od tej pory mamy już typowy wyścig z czasem. A więc bomba z tykającym zegarkiem, emerytowany Batman snujący pseudofilozoficzne rozważania, tak durne, że nawet jego wierny służący (Manfred… Pamfred? Dilbert? Alfred? ALBERT, tak, chyba Albert – a może jednak Alfred? hm) nie wytrzymuje i odchodzi na emeryturę.

Po drodze pojawia się motyw z więzieniem w postaci głębokiej dziury-studni, z której nie da się za bardzo wyjść – trzeba się wspinać po cembrowinie, a w jednym miejscu skoczyć z jednego kamienia w górę na drugi kamień. Więźniowie próbują to robić, asekurując się liną – pojmany Batman robi to bez liny, wyłazi z tej dziury a następnie, z pomocą jednego młodego policjanta oraz jednej super-babeczki, robi totalną rozpierdziuchę wśród bandziorów. Końcem końców okazuje się, że bomby wyłączyć się nie da, a że do eksplozji pozostało tylko parę minut (dzięki bogu mamy dobrze widoczny zegar, jak to na bombach), nasz dzielny bohater poświęca się, wywozi bombkę swoim bat-samolotem nad pobliskie morze, gdzie chwilę potem widzimy sporych rozmiarów grzyb atomowy. Pogrzeb w środę.

Po pogrzebie widzimy jeszcze dwie ważne z punktu widzenia producenta filmu sceny. W jednej Pamfred… Chrumfred… tfu, Alfr…bert spotyka na mieście Batmana (ale całkiem odbatmanionego, za to w towarzystwie laski) – nie wiadomo, odbiło mu i ma zwidy, albo faktycznie Batman przeżył wizytę w epicentrum eksplozji atomowej. A druga ważna scena to młody policjant, który odkrywa starą jaskinię Batmana (tą za wodospadem), i najwyraźniej przymierza się do zastąpienia emerytowanego Wayne’a w roli człowieka-bata. A więc drzwi do kolejnych części przygód stoją otworem.

Na szczęście po przyswojeniu sobie tego dzieła, wiem już dokładnie który to jest otwór i będę się od dziś wystrzegał serii o Batmanie. Szkoda tylko kasy wydanej na bilety – można by za to jakieś piwko wypić albo coś…

Werdykt: dałbym 1/10, ale ponieważ wśród obsady znaleźli się Anne Hathaway (kobieta-kot, najpierw okrada Batmana z naszyjnika pereł, a potem pomaga mu skopać dupę przestępcom), Michael Caine (Manfr…br..ert… whatever) oraz Marion Cotillard (evil, twisted creature, która dopiero na końcu ujawnia swą prawdziwą naturę), daję 2/10.

Nie polecam.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Człowiek – patyk-ze-sznurkiem, czyli najgorzej wydane dziewięć Jerzych"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
lacki
Gość

czyli ten zamachowiec-wariat-furiat co w USA strzelał do widzów przed premierą Batmana to on im oszczędził strasznych męczarni

Qzynka
Gość

,,,… po czym przez kolejną godzinę szwendaliśmy się po okolicznym centrum handlowym. Nudy.'' sam jesteś nudy 😡

Butter
Gość

jaki kawal o czarnym rycerzu?

wpDiscuz