Onan Barbarzyńca

Howarda czytałem jeszcze w podstawówce. Seria o Conanie wydawała mi się wtedy strasznie fajna, przez krótki czas była to w zasadzie jedyna literatura jaką akceptowałem. No bo przecież nie dość że super bohater to jeszcze jakieś nieistniejące krainy, potwory, trochę magii…

Potem z Conana wyrosłem. Nie udało mi się też nigdy zabrać za wersję komiksową – trochę dlatego, że mieszkając na wsi na zadupiu nie miałem za bardzo dostępu do komiksów, ale głównie chyba dlatego, że przez większość życia uważałem (czekam na gromy…) komiksy za gatunek „gorszy” od tradycyjnych książek. No bo jakże to tak, wszystko widać, zero miejsca dla wyobraźni, normalnie pornografia.

Oczywiście dzisiaj wiem, że porównywanie książek do komiksów ma tyle sensu co próba ustalenia czy jeden wolt waży więcej od jednego metra. Różne światy. Różne gatunki.

Wracając jednak do Conana – no jakoś mi się z niego wyrosło. A tu nagle, parę dni temu, przeglądając repertuar kinowy patrzę i co widzę? Conan Barbarian we własnej osobie! Chwila wahania – miałem do wyboru to albo „Cowboys and Aliens” – wygrał Conan. Wygrał, bo było więcej wolnych miejsc na środku sali (na ten drugi film były już tylko bilety przy brzegach).

Po raz pierwszy od bardzo dawna seans zaczął się bez reklam. Tzn. oczywiście były najpierw zapowiedzi paru filmów (na przykład „Trzej muszkieterowie” – może być całkiem całkiem), ale nic więcej. Potem jeszcze krótka (chyba obowiązkowa) wstawka z IFCO i jedziemy.

Uwaga. Dalszy ciąg opowiada o fabule filmu – czuj się ostrzeżony.

Pierwsze sceny trochę mi się kojarzyły z Trylogią Pierścienia. Tylko zamiast pierścieni była jakaś popieprzona maska, zasilana krwią ludzi z królewskiego rodu. Maska umożliwia jej właścicielowi czynienie sztuk magicznych, wskrzeszanie zmarłych, import potworów z obcych wymiarów i eksport dobrych ludzi w krainę wiecznych łowów. Czyli, krótko mówiąc, fuj niedobra maska.

Komuś dobremu się tam jednak udaje tą maskę dopaść, łamie on ją następnie na kawałki, daje każdy kawałek komuś innemu, kawałki zostają rozwiezione po świecie i nikt nie wie gdzie są.

Żeby jednak reżyser nie wyszedł na głupka, a film mógł swoje zarobić, parę tysięcy lat później znalazł się jakiś spryciarz, który próbuje maskę złożyć z powrotem do kupy. Znalazł już wszystkie części z wyjątkiem jednej, którą, jak się potem okazuje, przechowuje w pięknie inkrustowanej skrzyneczce pewien kowal z Cymerii.

Następna znacząca scena to moment narodzin Conana. Conan urodził się w czasie bitwy, ponieważ jego matka nie uznawała żadnych poradników dla kobiet ciężarnych i nie zamierzała siedzieć w domu w czasie najazdu wrogów, tylko wzięła miecz i poszła wojować. Jest pięknie wyrenderowana scena, na której widzimy płód (już całkiem dobrze rozwinięty), nagle w pole widzenia wchodzi końcówka miecza i wody płodowe zabarwiają się na karminowo. Umierająca matka prosi tatę (który jedną ręką wojuje, a drugą tuli żonę i pyta „are you ok?” jak to w amerykańskich filmach bywa), żeby pomógł jej zobaczyć własne dziecko zanim umrze. Tata bardzo mamę kocha więc zatyka jej usta żeby się nie darła, po czym – tym samym mieczem, którym przez sekundą zarżnął kolejnego napastnika – robi szybką cesarkę. Mamusia bierze dziecko na rączki, pępowina się wije, mama nadaje synkowi imię Conan po czym umiera. Ojciec wznosi noworodka w górę (na wzór słynnej sceny z „Króla Lwa”) i wydaje nieokreślony acz bardzo głośny okrzyk ni to rozpaczy, ni to radości. Normalnie jakbym siebie widział na porodówce jak się moja córa urodziła.

Dalej widzimy Conana jako nastolatka, jak się ugania z kolegami po okolicznych lasach. Udaje mu się nawet spuścić łomot (samodzielnie, bo kumple zwiali oczywiście) pięciu facetom, którzy podeszli pod wioskę w celach niecnych i plugawych – czym zyskuje uznanie ojca i pobratymców. Ojciec wykuwa Conanowi miecz.

Potem w wiosce zjawia się Zły Pan od Maski i nagabuje tatę Conana, żeby mu zdradził gdzie jest ostatni kawałek maski, bo on już by chciał być bogiem a bez tego kawałka nie bardzo może. Pomaga sobie w rozmowie torturami oraz zabiciem większości mieszkańców wioski, a jak już się okazuje, że z ojca jest twardziel, torturuje go do końca, następnie wylewa mu na twarz wiaderko pełne surówki (nie z białej kapusty tylko takiej bardziej hutniczej). Znajduje brakujący kawałek maski, Conanowi zabiera miecz, chłopcu udaje się zwiać.

Po wielu perypetiach, o których już mi się nie chce pisać (jest wiele odciętych kończyn, mnóstwo keczupu i Conanowego humoru), Conan, już jako dorosły facet, próbuje namierzyć tego gościa od Maski. W tym samym czasie gość od Maski próbuje namierzyć kogoś z królewskiego rodu, ponieważ Maska bez krwi królewskiej nie działa. Ostanią z linii królewskiej okazuje się być jakaś lala, która mieszka sobie w klasztorze jako mniszka (ale nie Lymantria Monacha tylko taka kościelna). Conan namierza lalę w tym samym czasie co facet od Maski i w ostatniej chwili ratuje ją z opresji. W nagrodę lala daje mu dupy na skale, po czym śpią do rana, a rano ona decyduje się odejść, pozostawiając śpiącego Conana bez numeru telefonu. Oczywiście jak tylko trochę się oddaliła, łapią ją natychmiast ludzie od Maski i wloką w jakieś urokliwe miejsce, w którym chcą ją ponacinać, żeby mieć krew, żeby uruchomić Maskę, żeby był koniec świata.

Conan odnajduje ją w samą porę (po drodze jest parę ciekawych wydarzeń, na przykład walka z potworem w wodzie, jakąś taką piętnastornicą z ramionami długości Empire State Building), ratuje z opałów, po czym odstawia całą i zdrową (tylko trochę naciętą nad prawym cyckiem, ale powinno się zagoić) do domu rodzinnego.

I tyle.

Za efekty specjalne dałbym filmowi 10, za fabułę może ze 3, za grę aktorską ze 6 (dałbym 4, ale były cycki, a żeńska część widowni mogła sobie również pooglądać goły tyłek Conana oraz mnóstwo umięśnionych torsów). A więc ocena ogólna – mocne 6.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Onan Barbarzyńca"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Valdie68
Gość

Powinieneś wisieć za zdradzenie fabuły, ale Conana wszyscy czytali więc Ci sie upiecze tym razem.

Bardzo ciekawa recenzja. I mimo iż znam fabułę muszę ten film zobaczyć 😉

agnieszka100
Gość

Hahaha:)
Dziekuje xpil.
Przypuszczam, ze to bylo najlepsze streszczenie sagi "Conanow" do siodmego pokolenia wlacznie 🙂
Po co robic o tym filmy?

Tomek
Gość

Film żałosny był niestety (ten z Arnim mi się bardziej podobał, ale to też może dlatego, że jednak sporo lat wcześniej). Bardzoś wysoko go ocenił.

wpDiscuz