Zejście smoka

O ikonie kina mordobijnego.

Film „Wejście smoka” powinien był zostać wydany pod tytułem „Zejście smoka”, bo miał premierę w sześć dni po śmierci odtwórcy głównej roli.

Film oglądałem na oko jakieś siedemnaście centygigaheptrybilionardów pierdylionów razy, jak zresztą chyba większość moich rówieśników. Aczkolwiek muszę przyznać, że ostatnio trochę się zapuściłem, bo od czasu przyjazdu do Irlandii obejrzałem go póki co tylko raz. Przedwczoraj.

W jakiś przedziwny sposób „Wejście smoka” (po czterdziestu trzech latach! – dziś Lee miałby 75 lat, gdyby żył) nie chce się zestarzeć. To znaczy tak: techniki kręcenia filmów poszły do przodu, wszystkie te durne efekty specjalne i tak dalej, wiadomo. Końputery, panie. Ale końputery końputerami, a dobry film potrafi się wybronić bez tej całej technologicznej otoczki. Tak samo jak o wiele starszy obraz pt.”Dwunastu gniewnych ludzi”, który nie dość, że kręcony praktycznie w jednym pomieszczeniu, to z udziałem zaledwie ciut powyżej dwunastu aktorów. A mimo to – majstersztyk.

Wracając jednak do smoczej jamy, „Wejście smoka” cieszy z kilku powodów:

  • Jest mnóstwo mordobicia i szeroko pojętej bezsensownej przemocy, którą bardzo lubię. To znaczy wyłącznie na ekranie, bo w życiu jestem osobnikiem raczej łagodnym (przynajmniej dopóki ktoś mi nie napisze „wziąść” albo „szłem” – wtedy nie ręczę za siebie). Jest też trochę „filozofii” w wykonaniu Lee, co miało sprawić, że film będzie miał dodatkowy wymiar duchowy, ale nie oszukujmy się: poza garstką geeków wszyscy w „Wejściu smoka” widzą po prostu dobrze zrobione mordobicie 😉
  • Dzięki brakowi supernowoczesnych, komputerowo wspomaganych efektów specjalnych aktorzy faktycznie musieli wykazać się znajomością sztuk walki – a przynajmniej ich pozorowania. To przydaje tej  opowieści autentyczności. Poniżej wymieniam kilku z nich, którzy niejednokrotnie byli mistrzami na światowym poziomie.
  • Wszystkie sceny „bitewne” zostały ustawione przez samego Lee Jun-fana, znanego szerzej światu jako Bruce Lee. Dzięki temu są dynamiczne, szybkie i mają w sobie „to coś”
  • W filmie gra – jako kaskader – późniejsza ikona gatunku komedia-karate, dwudziestodziewięcioletni wówczas Chan Kong-sang (albo, jak kto woli, Jackie Chan):

wejscie-smoka-jackie-chen-01

(nota bene Jackie Chan pojawia się również jako kaskader w scenie, w której Lee wspina się w nocy po dachach)

(I w paru innych scenach też się pojawia)

  • Film nakręcono bez dźwięku! Ścieżkę dźwiękową nagrano osobno i dodano do ruchomego obrazu w post-processingu.
  • John Saxon (grający rolę Ropera) oraz Jim Kelly (Williams) to aktorzy będący swoimi wzajemnymi przeciwnościami. Jeden biały, drugi czarny. Saxon specjalizował się grą w tasiemcowych serialach włoskiej produkcji (przy których nawet mój blog wydaje się być ciekawy) i nigdy nie miał „na serio” do czynienia z żadnymi sztukami walki – był więc dobrym, znanym aktorem, który musiał na potrzeby filmu szybko opanować udawanie dobrego karateki. Z kolei Kelly był słynnym karateką z pokaźnym portfolio tytułów mistrza świata, za to miał bardzo krótki staż aktorski.
  • Aktor grający nieprzyjemnego Bolo znany jest w świecie kina pod pseudonimem Bolo Yeung i prywatnie był jednym z bliskich przyjaciół Bruce’a Lee.
  • Mao Fujing, grająca w filmie siostrę Lee, dostała za tę rolę wynagrodzenie w kwocie zaledwie stu dolarów. Pamiętajmy jednak o inflacji: wszystkie kwoty z tego wpisu należy przemnożyć przez pięć i pół (mniej więcej), żeby dostać odpowiednik dolarów dzisiejszych.
  • Budżet filmu to około 850 tysięcy dolarów amerykańskich. W porównaniu z innymi słynnymi obrazami to w zasadzie końcówka drobnych. Tylko w 1973 roku film w samych Stanach zarobił ponad 21 mln dolarów.
  • Robert Wall, grający charakterystyczną postać O’Hary (to ten przyjemniaczek z blizną na pół gęby) twierdzi, że faktycznie nie przepadał za Lee, a scena, w której roztrzaskuje butelki i atakuje Lee tulipankami była tylko po części wyreżyserowana. Swoją drogą Wall jest światowej sławy mistrzem karate, zna też judo, ju-jitsu i parę innych obcobrzmiących sztuk walki.

W dniu premiery „Wejścia smoka” autor niniejszego blogu miał około siedmiu centymetrów wzrostu (mierzonego od ciemienia do, khem, okolic siedzących) – urodziłem się jakieś pół roku później 😉 Tak pi x oko…

Podsumowując: film jest świetny, mimo beznadziejnie przewidywalnej i w sumie banalnej fabuły. Zapewnił swoim twórcom (w tym Bruce-owi Lee) nieśmiertelność w postaci wpisu na Wikipedii oraz wdzięcznej pamięci milionów fanów na całym świecie. No i w jednej scenie są cycki, a skoro są cycki to jest okejka.

C’nie?

Na zakończenie – szybki sondaż:

[polldaddy poll=”9547385″]

(jeżeli okienko sondażu nie wyświetla się powyżej, tu bezpośredni link)

 

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Zejście smoka"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Gabriela
Gość

Bruceloza to choroba przewlekła i nieuleczalna. Moją starszą córkę dopadła w dniu kiedy ją bezmyślnie zabrałam na Wejście Smoka – jest dokładnie w Twoim wieku.
Objawy: zakochanie – pierwsze czterdziestoletnie stadium, palpitacje serca z obfitym poceniem się, nerwica lękowa.
Leczenie: Film w zasięgu oczu.

wpDiscuz