Daję życie, biorę śmierć: recenzja

Jeden z Czytelników podesłał mi ostatnio link do całkiem sporej (ponad 1000 stron!) antologii SF zatytułowanej „Geniusze fantastyki”. Ponieważ akurat niedawno skończyłem „Kongres futurologiczny”, a na „Długą utopię” jeszcze czekam, postanowiłem tę antologię napocząć.

Pierwsze opowiadanie, autorstwa Marty Krajewskiej, zatytułowane „Daję życie, biorę śmierć” nie powaliło mnie na kolana, ale też i nie odrzuciło jakoś specjalnie.

Rzecz dzieje się w bliżej nieokreślonej wsi, w bliżej nieokreślonych, dość dawnych czasach. Narratorem jest Rena, która urodziła się jako Sarenka. Rena opowiada, jak po drugiej ciąży jej mamy, zakończonej urodzeniem braciszka („Jelonka”) mama się rozchorowała i umarła, a potem wróciła jako upiór i próbowała porwać swoje dzieci. Tata ją pogonił, ale nie zabił (wbrew poradzie wioskowej wiedźmy), w związku z czym Rena przez całe dzieciństwo i młodość boi się, że upiór powróci. W ostatniej scenie (która jest jednocześnie sceną otwierającą całe opowiadanie) Rena myśli o swoim nienarodzonym dziecku i patrzy z niepokojem w stronę lasu, w którym – być może – czai się upiór jej matki.

Opowiadanie jest napisane prostym językiem, o jaki możemy podejrzewać jego bohaterów; pełno tam słów typu „ducka”, „bieluń” czy „leli, leli”, co przydaje całości autentyzmu. Jedyne, co mi tak naprawdę nie podeszło, to tematyka – jakoś nie wciągają mnie opowieści o wiedźmach, strzygach czy upiorach (wyjątkiem jest oczywiście seria Sapkowskiego o Geralcie, ale to klasa sama w sobie).

Zobaczymy, co przyniosą kolejne strony antologii.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz