„Więcej krwi”, recenzja książki

Dlaczego dobry człowiek zbacza ze ścieżki cnoty i staje się człowiekiem złym?

W przypadku Jona czynników było kilka. Końcem końców żeby wygrać wyścig z czasem i podjąć próbę uratowania nieuleczalnie chorej córki, okrada barona narkotykowego i ucieka z gotówką i narkotykami do Laponii.

Tak można w *bardzo* dużym skrócie opisać „Krew na śniegu”, pierwszy tom powieści, której tom drugi próbuję dziś zrecenzować.

———- SPOILER ALERT ———-

Zaczyna się on od pytania: „Od czego zaczniemy tę opowieść?”, co sygnalizuje czytelnikowi, że narracja będzie być może prowadzona z przymrużeniem oka – i tak właśnie jest!

„Więcej krwi” to historia niedająca się zamknąć w pudełku prostej recenzji. Z jednej strony główny bohater (Jon, chociaż częściej będziemy o nim myśleć jako o Ulfie) znajduje się w pożałowania godnej sytuacji i w zasadzie nie ma jak uciec od zemsty ścigającego go Rybaka, a z drugiej mamy całą feerię postaci, które tylko na pierwszy rzut oka są takie, jakimi wydają się być.

Przede wszystkim jednak jest niespiesznie malowana sceneria niewielkiego lapońskiego miasteczka oraz pomalutku odkrywane sekrety i historie jego mieszkańców.

Jon nie ma wielkich aspiracji. Stara się po prostu przeżyć kolejny dzień. Uchylić się od jeszcze jednej kuli wystrzelonej przez nasyłanych przez Rybaka ludzi. Ukryć się. Uciec, choć wie, że to niemożliwe, bo Rybak zawsze szuka do końca. Nie ustaje, dopóki nie zobaczy ciała.

Ciekawa w „Więcej krwi” jest zmiana perspektywy. Jon (a raczej Ulf) jest bowiem postacią nie do końca pozytywną. Były handlarz narkotykami, obecnie również złodziej i być może morderca – to raczej kiepski materiał na pozytywnego głównego bohatera. Jednak Nesbo potrafi poprowadzić gędźbę w taki sposób, że stoimy za Jonem murem i z niepokojem przerzucamy kolejne karty książki w obawie przed czającymi się na niego niebezpieczeństwami.

Karty, dobre sobie. „Więcej krwi” wciągnąłem uszami („uszyma”?), dzięki Audiotece oraz bezbłędnemu Krzysztofowi Gosztyle, który nie po raz pierwszy pokazuje wszystkim innym lektorom, gdzie ich miejsce. Gosztyła ma nienaganną, krystalicznie czystą dykcję, a także – a może przede wszystkim – niezwykłą umiejętność modulowania głosu tak, że od razu wiemy nie tylko kto mówi, ale też w jakim jest nastroju i wieku, oraz co jadł przedwczoraj na podwieczorek. Słowem – mistrz.

Bardzo atrakcyjna w „Krwi na śniegu” jest niezliczona liczba przewrotek fabularnych, które tak lubię u Nesbo (zresztą nie tylko u niego – Mróz też jest niezły w te klocki). Jest całkiem sporo momentów, w których czytelnik mówi sobie „wiem, o co chodzi”, a kilka rozdziałów później: „aha!”.

No i jest scena z łosiem, ale o niej nie będę pisał, żeby nie psuć zabawy. Nawet nie wspomnę o tym, że jest jakaś scena z łosiem.

Z jakim łosiem?

Końcówka jest półotwarta. Można zostawić serię na dwóch częściach bez większego ryzyka, że się czytelnicy będą dobijać o tom trzeci – ale można też popłynąć na fali i dopisać siedemnaście kolejnych tomów. Czy Nesbo coś z tym zrobi, tego już nie wiem.

Moja prywatna ocena: 9.5/10. Z tendencją zwyżkową.

Dobra książka. Polecam.


2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
xpilhrabina Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
hrabina
Gość

Ha, to może powinnam jeszcze raz dać szansę Nesbo? jakoś mi nie podszedł, i nawet pierwszej książki do połowy nie doczytałam. Za bardzo może związana jestem z pisaniem Mankella czy Deaver`a

Ostatnio za to pochłonęła nas(i małżonka i mnie) książka „The name of the wind” i jej kontynuacja. Za to rozczarowuje nas niezmiernie fakt, że wielu pisarzy nie kończy swoich serii. Ot tak, zaczynają kolejną książkę, a poprzednia seria czeka niedokończona. Tutaj też jest podobnie. Ostatnia część trylogii nadal się nie pojawiła. Frustrujące….

%d bloggers like this: