Bez celu

Z pisaniem bloga jest tak, że albo się wie, o czym się będzie pisało – ma się w głowie taki jakby szkielet fabularny, który trzeba, jak by to pieszczotliwie ujął stryj Zenon, opierdolić mięchem fleksyjno-składniowym, albo się nie wie – i wtedy trzeba albo odłożyć pisanie na później, albo iść na żywioł i liczyć na to, że się coś po drodze „samo” wykluje.

Znajomy pisarz wyjaśniał mi kiedyś, że nawet jak się nie ma weny ani pomysłu, wystarczy po prostu rozejrzeć się wokół, a temat sam się znajdzie.

Rozglądam się więc wokół, bez większego przekonania.

W nabliższym perymetrze – oczywiście – klawiatura. Karne szeregi czarnych klawiszy (czyli afroamerykańskich strażników więziennych, gdybyśmy chcieli pozostać poprawni politycznie – na szczęście nie chcemy), postukujących dyskretnie. Dwie znajome wypukłości na J i F. Nie piszę bezwzrokowo; nigdy nie miałem wystarczająco dużo samozaparcia, żeby się tej w sumie prostej czynności porządnie nauczyć.

Tuż obok moje kajdany, czyli smartfon. Pobłyskuje niemrawo błękitnym światełkiem.

Powiadomienie.

Nauczyłem się już dawno ignorować takie powiadomienia. Wiem, że są, i że przy najbliższej okazji sprawdzę, czemu tam coś mryga – ale muszę mieć po temu jakiś konkretny powód. Inny, niż samo mryganie durnej diodki. Oduczenie się odruchu sprawdzania co chwilę telefonu zajęło mi chwilę, ale trening woli opłacił się. Nagle okazało się, że mam więcej wysokiej jakości czasu. Odrywanie się od bieżącego zajęcia tylko po to, żeby ugasić durną diodkę to morderca wydajności, o czym zdaje się już kiedyś pisałem.

Guglguglguglgugl… o, tu pisałem: http://xpil.eu/blog/eK3Xd

A propos mrygających diód w smartfonach: w okresie przedwigilijnym obserwuję rok w rok zwiększoną ilość wiadomości z życzeniami. Taka tradycja. Nie znasz człowieka, ale masz go na liście „do odhaczenia”, więc wysyłasz mu życzenia. Praktycznie ctrl-C – ctrl-V sprzed dwunastu miesięcy, tylko numer roku trzeba zmienić na wyższy.

Sam nie jestem święty, też tak kiedyś robiłem. Wydawało mi się, że otrzymanie większej ilości życzeń przekłada się na lepsze zadowolenie ze świąt. Głupi byłem. Najlepiej zadzwonić i pogadać, a nie wysyłać link do pierdzącego reniferka czy jakiegoś wzniosłego tekstu Helveticą, na tle tafli wody, kwiatu lotosu albo słonecznej tarczy. Z żywym człowiekiem fajnie się gada!

Nie wpadajmy jednak w smętne tony, bo przecież końcem końców jest dobrze. Z tymi, którzy do mnie zadzwonili (lub ja do nich), zamieniłem kilka słów, pożartowaliśmy o tym i o owym i (oczywiście – jakże by inaczej) Wogle. A ci, którzy podesłali mi życzenia drogą elektroniczną, dostali ode mnie równie życzliwe i sympatyczne życzenia skupiające się głównie wokół mleczności wymion ich jaków, a także ilości wełny dostarczanej przez ich wielbłądy oraz wełnistości wielbłądów ich sąsiadów. Czyli wszystko w normie.

Drobny odsetek życzeniodawców, zwłaszcza tych, którzy znają mnie krótko bądź też wyłącznie wirtualnie, zaryzykował nawet niewinne odwołanie do tzw. bożej łaski. Tym podziękowałem szczególnie kwieciście, objaśniając następnie na przykładach, że określenie „boża łaska” ma mniej więcej tyle samo sensu, co ryba na rowerze, ewentualnie ślimak na szczudłach. Bardzo możliwe, że dzięki temu za rok otrzymam nieco mniej życzeń 😉

Obracam na chwilę głowę w prawo. Widzę teraz wielki garnek z barszczem.

Hmmm.

Barszcz, podobnie jak inne potrawy, należy w trakcie przyrządzania przyprawić. W tym roku barszcz wyszedł wybitnie ostry, a to za sprawą cholernej grawitacji, której w naszych okolicach nie wyłączają nawet na weekendy ani święta państwowe. Otóż w ferworze przedwigilijnych przygotowań kulinarnych moja niezastąpiona Żonka poprosiła mnie, żebym dopieprzył barszczowi. No to mu, kurdę, dopieprzyłem. Skutecznie. Okazało się bowiem, że zakrętka od pieprzniczki była nie do końca dokręcona i ku memu szczeremu zdumieniu wpadła do garnka wraz z całością znajdującego się w pieprzniczce pieprzu.

O ile wyciągnięcie z garnka zakrętki było zadaniem w miarę prostym, o tyle już wydłubywanie pojedynczych ziarenek tej wspaniałej przyprawy – już niekoniecznie.

Barszcz został szybciutko rozlany na dwa osobne garnki oraz trochę złagodzony większą ilością zaprawy barszczowej, wody oraz mało dla mnie zrozumiałego voodoo przyprawowego – ale oczywiście ostrość pozostała. Niech żyję! Na szczęście goście byli na tyle uprzejmi, że po wypiciu barszczyku nie zwrócili uwagi ani na kłęby wydobywającego się z ich uszu dymu, ani strumienie ognia buchające im z ust – każdy tylko grzecznie poprosił o szklaneczkę wody – i tyle.

Spoglądając w nieco inną stronę widzę smętne resztki makowca. Od razu przypomina mi się kawał o makowcu, którego jednak tutaj teraz nie przytoczę, ponieważ mam – jakkolwiek niewiarygodnie by to nie brzmiało – resztki przyzwoitości. Jeżeli jednak ktoś bardzo, ale to bardzo chciałby ów kawał poznać, niech poszuka w Google hasła „kawał justyna kakao makowiec” (bez cudzysłowu). Osoby o delikatnych żołądkach ostrzegam, żeby kawał czytały na czczo.

I tym niezbyt może eleganckim ale za to nieco tajemniczym akcentem kończę dzisiejszy wpis licząc na to, że następny będzie efektem weny, a nie lania wody 😉

Do siego!

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Bez celu"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jaro
Gość

To oczywiste, że niektórzy w życzeniach świątecznych piszą o Bożej łasce. Jeżeli za to odbierają jakieś komentarze to, z całym szacunkiem, ale są to niezasłużone komentarze.

wpDiscuz