Dziewiętnasta miętówka

Całkiem niedawno miałem okazję reanimować laptopa znajomemu.

Nie, zaraz. Jakiego tam znów laptopa. Nie używajmy tak wielkich słów. HP Mini 110-1100 to bestia pochodząca z roku π x oko 2009, z jednym gigabajtem pamięci operacyjnej, stu sześćdziesięcioma gigabajtami wirującego z oszałamiającą prędkością 5400 obrotów na minutę dysku twardego, procesorem Intel Atom N270 oraz oraz kartą graficzną Intel napędzającą maleńki ekranik o rozdzielczości 1024x600 πkseli. Zamiast "laptop" należałoby chyba użyć formy "subnotebook", chociaż kto ich tam wie. W każdym razie znajomy ów wygrzebał to cudo z jakiegoś strychu i zapytał, czy dałbym radę go wskrzesić, bo maszyna co prawda owszem, startuje, ale nie używał go od lat i zapomniał hasła. I Wogle.

Myślę sobie, skąd ja mu teraz wezmę instalkę Windows 7 Starter? Nic tylko eksperymentować z linuksami.

No i się zaczęło.

Z różnych przyczyn nie miałem pod ręką żadnego przyzwoitego pędraka USB i musiałem zadowolić się jakimś starożytnym flash-drive o pojemności 2GB. Dalej więc szukać dystrybucji, która się zmieści - no i znalazłem. Debian 11 w wersji netinst zajmuje raptem 396 MB, więc dalejże, odpalam Rufusa (ostatnio bardziej mi on podchodzi niż stary, wysłużony UNetBootin), tworzę dysk startowy, uruchamiam Mini z tego pędraka... Aha, no tak. Zapomniałem, że to jest procesor 32-bitowy. Ściągam więc wersję netinst 32-bitową (o dziwo jest większa - prawie 500 MB), Rufus wiadomo, odpalam...

Niestety, zapyszczył o brakujące sterowniki do karty sieciowej. A tam jakiś Broadcom, skąd ja mu teraz sterowniki wezmę?

No dobra. Skoro Debian nie, to może Ubuntu? Wersja 16 była ostatnią obsługującą x86, więc ściągam, Rufus, startuję Mini, pojawia się menu instalacyjne. Jest nadzieja.

Wybieram stosowne opcje, system się zaczyna instalować. Mija jakieś 15 minut (może 20), instalacja zakończona powodzeniem. Restarcik...

Dupa. Znów nie widzi tej sieciówki Broadcoma. Ażeby was...

No ale nie poddaję się. Kolejny na liście był AntiX, distro specjalnie przeznaczone dla starych maszyn. Instalka w wersji x86 zajmuje 1.3GB, więc akurat.

Tu czekałem na zakończenie instalacji nieco dłużej, ale powiało dodatkowym optymizmem, bo instalator wykrył poprawnie tą kartę Broadcom i nawet zapytał o hasło WiFi. Po półgodzinie czekania niby się udało, ale po restarcie - czarny ekran. Znaczy się nie polubił się AntiX z tym małym ekranikiem.

Dawaj więc guglać... no i wyguglałem, że Debian jest przecież wydawany w wersji non-free, znaczy się ze sterownikami do NVidii, Broadcomów i innych zamkniętych czipów. Ściągam iso - 1.8GB, wejdzie. Na styk, ale wejdzie. Rufus tym razem sporo dłużej, potem starujemy Mini... no i niestety, akurat do tej konkretnej karty sieciowej sterowników nie było. Czyżby duppa?

Ściągnąłem w akcie ostatecznej desperacji Alπne (maleństwo - tylko 147 MB), ale też poległ w przedbiegach.

Zorin brzmiał obiecująco, ale nie udało mi się znaleźć wersji pod x86 - tylko x64.

Zaczęło się już robić trochę późno, kolega zerka znacząco na zegarek. Mówię mu, nie zerkajże mi tu znacząco na zegarek, tylko daj pomyśleć.

No i padło na Minta. Z tym, że numer 19, bo wszystkie nowsze to już tylko 64-bitowe.

Odpalam instalator... załapał sieciówkę, grafika też fajnie. Instaluję. Dłuuugo, bo to jednak duże distro jest. 1.9GB - też ledwie weszło na tego dongla. No ale się zainstalował, chociaż bez pytania o hasło do WiFi.

Po restarcie - grafika działa, ale niestety nie widzi karty sieciowej.

Myślę sobie, nie chce mi się już dalej kombinować. Podepnę go do komórki kablem USB, może załaπe.

Załapał. Pokazał nowe połączenie sieciowe, ale bez dostępu do internetu.

Ki czort?

Ach, no tak. Przecież ja mieszkam w czarnej dziurze jeśli chodzi o zasięg sygnału GSM. Trzeba się oddalić od domu. A że akurat padało, załadowałem znajomego do auta i mówię - jedziemy szukać sygnału. Popatrzył na mnie trochę dziwnie, no ale wariatom się nie odmawia. Wsiedliśmy, podjechaliśmy z pół kilometra dalej. Są dwie kreski 4G. Bateryjka w Mini jakiś cudem ciągle trzyma. Łaπe internet.

Szybciutko odpalam menadżera sterowników, wybieram z listy tego Broadcomma i pukam enter. System posłusznie ściąga co trzeba, coś tam instaluje i mówi, że gotowe.

Proszę znajomego o wyπęcie telefonu z USB i włączenie udostępniania po wireless, żeby przetestować czy WiFI działa.

Wdech.

Wydech.

Działa!

No to teraz już alleluja. Wracamy do domu, podłączam malucha pod domową sieć WiFi, odpalam terminal i wπsuję święte: apt update.

Coś ponad siedemset aktualizacji do pobrania. Mówię, że to ważne jest i trzeba żeby się wszystko pobrało i zainstalowało, ale to raczej dziś się nie skończy bo raz dużo tego, a dwa żaden z tej maszyny demon prędkości.

Znajomy z komputerami jest raczej na bakier i boi się samemu czekać na zakończenie aktualizacji. Mówi, że zostawi laptoπka u mnie na noc i odbierze nazajutrz. I odjeżdża w siną dal, na tle zachodzącego słońca wschodzącego księżyca. A laptoπk się tentegesuje, zostawiam go na stole w kuchni i idę zażyć trochę życia rodzinnego.

Tuż przed zaśnięciem moja ulubiona Żonka pyta mnie czy czegoś tam nie muszę sprawdzić w tym laptoπku, ale tłumaczę jej, że nie, że teraz to się tam wszystko samo zrobi, a poza tym nie chce mi się już ganiać po schodach o tej porze.

Nazajutrz rano...

Nie, wróć. Nazajutrz wczesnym popołudniem udało mi się w końcu wygrzebać z wyrka - jakimś cudem po raz πerwszy od naprawdę dawna pospałem sobie w niedzielę prawie do południa, a potem jeszcze się leniuchowałem. Schodzę na dół, odpalam czajniczek na poranną wczesnopopołudniową kawę a potem zerkam na laptoπka czy już się wymieszał.

A gdzie tam. Wisiał sobie z zapytaniem czy aby na pewno ma zrestartować te wszystkie usługi w ramach aktualizacji. Trzeba było jednak żony posłuchać poprzedniego dnia.

Ażebycię...

Na szczęście znajomy po maszynę podjechał doπero pod wieczór, więc wszystko się zdążyło zaktualizować.

Jedyne, czego nie dałem rady przeskoczyć, to wygaszacz łamane przez ekran blokady. Jak się już włączył, to permanentnie. Nijak nie dało się odblokować, bo nawet nie było gdzie wπsać hasła. Chyba to przez ten mały ekranik. Nie wiem. Dlatego powyłączałem wszystkie timery, żeby się samoczynnie nie blokował - i już.

Ot i taka przygoda.

P.S. Jak donoszą niezawodne jaskółki, dziś 14 marca, dzień liczby π! Trzeba się z tego powodu naπć! (oczywiście kawy). Smacznego.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.