Jarosław Grzędowicz, „Hel 3”. Recenzja.

Recenzja „Hel 3”, doskonałej powieści Jarosława Grzędowicza. Uwaga, ujawniam szczegóły fabuły, czuj się ostrzeżony!

UWAGA: PONIŻSZY TEKST DOŚĆ SZCZEGÓŁOWO I DOŚĆ KOMPLETNIE OPISUJE FABUŁĘ POWIEŚCI „Hel 3”. Jeżeli nie chcesz stracić frajdy z lektury, NIE CZYTAJ.

Książka jest świetna, naprawdę warto przeczytać ją samemu. Moja prywatna ocena końcowa to mocne 10/10. Jeżeli zamierzasz doczytać ten wpis do końca, nie miej potem do mnie pretensji, że zdradziłem za dużo.

 

 

 

 

 

 

—– SPOILER ALERT —–

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

—– SPOILER ALERT —–

 

 

 

 

 

 

 

 

Norbert jest iwenciarzem. Kręci iwenty omnifonem, potem sprzedaje je do Meganetu i dostaje kasę za wejścia. Proste jak konstrukcja cepa.

Jest iwenciarzem, można by rzec, natchnionym. Nie zajmuje się iwentami typu „patrz, moje pierdy się palą” tylko jeździ po świecie i nagrywa wydarzenia jego zdaniem ważkie, istotne, naprawdę ciekawe. Inwestuje w to całego siebie i lubi to, co robi. Żyje z kręcenia iwentów.

Norbert ma ponadto talent do montowania nakręconych iwentów w taki sposób, żeby bezgłowa, miliardooka Bestia Meganetu była zadowolona. Iwent, który wisi na necie dłużej niż trzy dni to już ewenement (aż kusi napisać „iwenement”!), ponieważ użytkownicy sieci mają zdolność koncentracji na poziomie nornicy chorej na ADHD.

Powieść zaczyna się w chwili, kiedy przebywający w Dubaju Norbert dostaje od swego informatora namiar na miejsce i czas mającej się odbyć publicznej egzekucji niewiernych. Dogaduje się z informatorem na procent z zysków, odpala mu też działkę za cynk i pędzi filmować okrucieństwa, za których publikację być może uda mu się kupić sobie kilka miesięcy leniwego życia w swoim mieszkaniu w Polsce.

Trafia na miejsce akurat kiedy imprezka zaczyna się rozkręcać. Dwójka przerażonych europejskich inżynierów z workami na głowach będzie za parę chwil stracona na oczach wielotysięcznego tłumu. Norbert filmuje wszystko dokładnie. Tuż przed momentem, kiedy świszczące ostrze miecza ma przeciąć szyję pierwszego nieszczęśnika, do akcji wkraczają nieznanego pochodzenia siły specjalne, które ratują obydwu inżynierów. Nawiązuje się ostra strzelanina, w której Norbert prawie traci życie. Komandosi ratują go niejako „przy okazji”, ewakuując go z miejsca jatki. Potem zabierają mu omnifona i cały sprzęt filmowy, kasując metodycznie wszystkie dane i na koniec miażdżąc każdy scalak obcęgami, a także tłumacząc, że nie życzą sobie w sieci żadnych nagrań ze swoim udziałem.

Norbert jest jednak iwenciarzem z prawdziwego zdarzenia, a nie jakimś dzieciakiem, który próbuje zarobić parę groszy na nagraniu, na którym ktoś się wypieprza na skórce od banana. Kopie filmów siedzą bezpiecznie zaszyfrowane w chmurze. Po kilku perypetiach Norbertowi udaje się znaleźć kafejkę meganetową, gdzie montuje materiały i – wbrew zaleceniom tajemniczych komandosów – wrzuca je w Sieć, na licytację do największych portali.

Potem akcja powieści przenosi się do Polski, gdzie dowiadujemy się o ogromnych przemianach, które zaszły w świecie od pierwszej połowy 21 wieku. Wszystko jest regulowane, reglamentowane, obywatele są nakłaniani do „kontrolowanego ubóstwa”. Drakońskie podatki katastralne sprawiły, że inwestowanie w nieruchomości mija się z jakimkolwiek celem. Większość społeczeństwa żyje na bardzo niskim poziomie. W dodatku panuje epidemia niebezpiecznej, grypopodobnej choroby, zbierająca ponure żniwo głównie wśród starszych osób. Jakiekolwiek produkty ze zbyt dużą zawartością glutenu, cukru, tłuszczów lub jednego z zyliona innych składników są albo całkiem zakazane, albo bardzo limitowane. Rząd ma nieograniczony dostęp do wszystkich danych każego obywatela, głównie dzięki omnifonom, które są wprawdzie bardzo wygodnym narzędziem praktycznie do wszystkiego, ale z drugiej strony pozwalają na totalną inwigilację społeczeństwa.

Dochodzi do tak absurdalnych sytuacji, że flaszkę śliwowicy (za dużo alkoholu!) trzeba trzymać owiniętą w folię metalową, żeby czujniki latających wszędzie policyjnych helikopterów nie podniosły alarmu. Kawa jest nielegalna – z wyjątkiem tej paskudnej, żołędziowej. I tak dalej.

Ten kawałek książki zrobił na mnie największe wrażenie. Myślę sobie, czy daleko nam brakuje do takiego stanu? „Nam” jako społeczeństwu rzecz jasna. Naprawdę pobudza do refleksji.

Inna niesamowita scena to ta, gdzie Norbert czeka na lotnisku na samolot. Nie ma swojego omni, więc po raz pierwszy w życiu zamiast zanurzać się w otchłani Meganetu, obserwuje ludzi dookoła. I dochodzi do wniosku, że wszyscy bez wyjątku są wgapieni w niewidzialne dla innych wirtualne ekrany Meganetu, robią dziwne ruchy, mamroczą coś – krótko mówiąc wyglądają bardziej jak grupa pacjentów psychiatryka niż normalni ludzie.

Po powrocie do Polski Norbert dostaje cynk od znajomego, że jest okazja nakręcenia iwentu. W prywatnych apartamentach luksusowego hotelu w centrum miasta, gdzie spotykają się największe szychy tego świata i w kompletnej izolacji częstują się frykasami typu pieczeń z pandy. Nie po to, żeby było smacznie, tylko po to, żeby pokazać swą potęgę. Ktoś, kto jest w stanie podać jako przystawkę pieczeń z pandy, jest w zasadzie wszechmocny.

Oczywiście dostanie się na taką „imprezkę” nie jest łatwe. Znajomy Norberta może go tam wkręcić jako kelnera, pod fałszywą tożsamością – ale przemycić jakiegokolwiek sprzętu nagrywającego już się nie da.

Norbert kontaktuje się z Mechanikiem, legendarnym gościem, który potrafi skutecznie ukrywać się przed wszechwiedzącą rządową machiną śledzącą, który prowadzi własną, prywatną wojnę przeciwko nadmiernej kontroli i wścibskości, który wreszcie potrafi załatwić rzeczy nieosiągalne zwykłym śmiertelnikom. Wyłuszcza mu szczegóły sprawy i prosi o jakiś pomysł.

Mechanik załatwia Norbertowi specjalne kapsułki z eksperymentalną, nikomu oficjalnie nie znaną substancją psychoaktywną, która na kilkanaście godzin zamienia mózg w maszynę rejestrującą, przechowującą w pamięci krótkotrwałej dźwięk i obraz w najwyższej jakości. Potem – w ciągu paru godzin od „nakręcenia” materiału – trzeba go zgrać za pomocą tomografu wspieranego przez specjalne oprogramowanie.

Norbert ma trzy dni, żeby nauczyć się kelnerskiego rzemiosła. Opanowuje je w stopniu wystarczającym, żeby go nie zdemaskowano. Znajoma kosmetyczka przerabia mu facjatę i włosy tak, że nawet Norbert nie jest w stanie rozpoznać siebie w lustrze. Znajomy załatwia mu lewą kartę chipową na obce nazwisko.

Rozdział, w którym Norbert „kręci” ucztę wierchuszki, a także kiedy potem Mechanik pomaga mu „zgrać” materiał z mózgu, jest majstersztykiem pisarskim. Kulminacyjnym momentem jest podanie na stół mózgu małpy serwowanego bezpośrednio z czaszki żywej małpy unieruchomionej w klatce. Niektórzy kelnerzy nie wytrzymują i uciekają. Norbert zostaje.

Przypadkiem podsłuchuje (i nagrywa!) rozmowę dwóch polityków o szczepionkach przeciwko nowej zarazie. Okazuje się, że to nie szczepionki tylko fiolki z zarazą, podawane ludziom starszym, żeby wyeliminować ten „nawis społeczeństwa” i ściąć koszty. Idealne narzędzie dla ZUS-u, nieprawdaż? Wygodnie, dyskretnie…

Zmontowanie i opublikowanie z nagranego materiału czterech różnych iwentów nie stanowi dla Norberta najmniejszego problemu. Filmy wywołują burzę, rządu kilku państw muszą się gęsto tłumaczyć, wychodzi na jaw przekręt szczepionkowy. Norbert nagle robi się bardzo bogaty, ilości odsłon idą w miliony, iwenty utrzymują się w sieci bardzo długo.

Za poradą Mechanika Norbert przygotowuje sobie torbę „BiS” („Bierz i Spierdalaj”) w razie gdyby musiał nagle zniknąć. Niestey, chociaż umie zacierać za sobą elektroniczne ślady, agencjom rządowym w jakiś sposób udaje się do niego dotrzeć. Zatrudniają nigeryjską mafię, która dopada Norberta dosłownie w ostatniej chwili, z torbą BiS w ręce, próbującego opuścić swój blok mieszkalny windą.

Brutalnie doprowadzają go do daleko położonej piwnicy, w której będą go torturować, żeby wyciągnąć z niego informację w jaki sposób przemycił na imprezkę sprzęt do filmowania.

Zanim zaczną mu zadawać jakiekolwiek pytania, przeprowadzą najpierw tortury wstępne, żeby Norberta bardziej zmotywować.

W ostatniej chwili pojawiają się tajemniczy komandosi (tak, ci sami, co wcześniej w Dubaju!) i ratują Norberta z opałów.

Norbert trafia w tajemnicze miejsce gdzieś wgórach. Niby hotel, niby szpital… Żadnych ograniczeń, w restauracji tradycyjne potrawy a nie żadne liofilizowane papki z wodorostów. Prawdziwa kawa! Zostaje otoczony fachową opieką medyczną, dzięki czemu dochodzi do siebie (jest ostro poobijany po przejściach  z Nigeryjczykami, na też traumę z powodu niedoszłych tortur).

Norbert dostaje (i – z braku lepszych perspektyw – akceptuje) ofertę pracy jako iwenciarz, dla gościa o ksywie Szaman, który – jak sam określa – zamierza „ukraść Księżyc”.

Propozycja Szamana ujawnia przy okazji dlaczego książka nosi taki a nie inny tytuł – hel 3 to wysokoenergetyczny izotop helu, dla którego Szaman, multimiliarder, opracował technologię umożliwiającą wykorzystywanie go jako wysokowydajnego, odnawialnego źródła energii. Jest to substancja tak wydajna, że pojedyncza cysterna tego izotopu dostarczyłaby państwu wielkości Stanów Zjednoczonych energii na rok.

Szaman prowadzi już eksplorację (i eksploatację) Księżyca, wydobywając tam hel 3. Iwenciarza potrzebuje, żeby nakręcił serię filmów pokazujących jak się to wszystko odbywa i tak dalej. Żeby ludzkość z tym oswoić, pokazać co i jak. Oczywiście w tle rozgrywają się wyścigi na Księżyc – chętnych do helu 3 jest wielu: Rosjanie, Turcy, Arabowie…

Norbert przechodzi intensywne szkolenie komandosko-astronautyczne. Nie zostaje jakimś super-kilerem, ale przynajmniej nabiera kondycji i uczy się obsługi kosmiczno-księżycowego osprzętu.

Potem leci na Księżyc…

No dobra. Końcówki nie zdradzę. Nie i już. Opowiedziałem mniej więcej 80% fabuły, ale końcówka jest na tyle zaskakująca, że świnią bym był, gdybym ją tu i teraz zdradził.

Książka jest napisana bardzo, bardzo dobrze. Nie wciąga aż tak, jak mój ulubiony „Pan Lodowego Ogrodu” tego samego autora, ale prawie. Główne zalety to szybka, nieustannie zmieniająca się akcja oraz bardzo realistycznie wyglądające, nieco przerażające wizje ogłupiałego społeczeństwa żyjącego praktycznie w całości w wirtualnym świecie Meganetu. No i zakończenie, którego nie przewidziałbym w najśmielszych snach.

Ocena końcowa: zdecydowanie 10/10. Bardzo, bardzo polecam.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Jarosław Grzędowicz, „Hel 3”. Recenzja."

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Butter
Gość

„Wszystko jest regulowane, reglamentowane, obywatele są nakłaniani do „kontrolowanego ubóstwa””.
Należy pamiętać, że wszystko wynika to z polityki ekologicznej, poprawności politycznej itp [polityka ekologiczna – to raczej oksymoron?]
W tym zakresie to trochę lżejsza wersja „Requiem dla Europy”

Obsesyjna
Gość

Recenzji nie przeczytam, bo w planach mam „Hel 3” 🙂 Aczkolwiek 10/10 zachęca 😉