Zaplątani, zaplątani

Oczekując na podłączenie Jedynego Prawdziwego Jęternetu (szczegóły akcji tutaj), używamy póki co usługi jedynego działającego w naszej okolicy dostawcy z siedzibą w Los Angeles, jego Kosmicznej Mości Elona M., z satelity, czyli Starlinka. Ruter Starlinka siedzi sobie w pokoju Młodego, przy samym oknie. Tak wyszło z wiercenia dziury na kabel, zresztą geometrycznie nie ma tragedii, bo miejscówka znajduje się w miarę centralnie względem newralgicznych punktów chałupy. Z tym że tylko tych na parterze, bo na pięterko dociera tylko kawałek, w dodatku chudy. Przy samym ruterze obserwujemy prędkości średnie w okolicach 150-180 Mbps, od święta podchodzi nawet pod 300 (w dół, bo w górę twardy limit w okolicach 35-40 Mbps, a i to tylko przy dobrych wiatrach). A na pięterku - dwucyfrowo w tę i we wtę.

Tłumacząc powyższy powyższy bełkot z polskiego na nasze: na piętrze internet bezprzewodowy działa nam wolno.

Tymczasem jednak nasi pracodawcy (sztuk 2) domagają się, żebyśmy mieli szybkie łącza, trzeba więc zakombinować.

Najpierw postanowiłem poeksperymentować z przedłużaczem USB i maleńkim adapterem WiFi na końcu tegoż. Efekt był niby w miarę, ale niestety dyndającym ze schodowej poręczy dyndadełkiem zainteresowały się koty, w efekcie pomysł trzeba było wyemigrować do kosza.

Minęło parę strzałów znikąd, presja szybkiego łącza zaczęła być odczuwalna na tyle, że zaczęliśmy nawet rozważać przeprowadzkę na parter. Trochę się to gryzło z feng-shui, ale jak się nie ma co się lubi, to się na pochyłe drzewo skacze, dopóki się ucho nie urwie, czy coś.

Zanim jednak zaczęliśmy pracowicie znosić graty na dół, przypomniało mi się, że mam w swojej magicznej Szufladzie kabelek ethernetowy ósmej kategorii, długi. Jak długi? Okolice dziesięciu metrów. Okazało się, że sięgnął od służbowego laptopa przez poręcz schodową aż na korytarz na dole. Tam podpiąłem go do switcha chińskiej firmy Krzak, a resztę trasy do rutera Starlinka - na oko jakieś cztery metry - uzupełniłem drugim kabelkiem, wyświechtaną skrętką szóstej kategorii, która wizualnie pamiętała lepsze czasy, ale elektronom zajedno, czy będą popiętralać Porsche czy tramwajem numer osiem, byle miedzi starczyło.

Miedzi starczyło na tyle, że trzeba było ruter przełożyć (chwilowo) na łóżko Młodego, który w tym czasie był w szkole, więc mu to za bardzo nie przeszkadzało.

Dygresja: nasz Starlink ma już od jakiegoś czasu podłączony dodatkowy dynks z portem Ethernet, dzięki czemu cała ta szopka była w ogóle możliwa. To jak dotychczas jedyny znany mi dostawca internetu, który w standardzie nie oferuje portu na kabelek sieciowy i trzeba dopłacać jak za zboże za głupi adapter. Cozrobisznicniezrobisz.

Laptopik Żony od razu dostał skrzydeł. Ja dalej na WiFi, ale ponieważ moje domowe biuro jest umieszczone nieco bliżej rutera, a także ponieważ Żona po podpięciu skrętki zwolniła trochę pasma w eterze, nie było problemu. Kabel co prawda wisiał tu i tam w sposób dość obrzydliwy, ale prędkość uległa znacznej poprawie.

A potem Młody wrócił do domu i zaczął marudzić, że co on tu w ogóle ma na tym łóżku. No bo tak: czarny kabel zwisający smętnie ze schodów do switcha na korytarzu to jedna rzecz, a biały kabel podłączony do rutera w jedynym możliwym geometrycznie miejscu, czyli na łóżku, faktycznie trochę jakby nie leżał Młodemu w kontekście. A czemu akurat tam? No bo tak: zasilanie, kabel na zewnątrz i biały kabelek z korytarza wpięty w konwerter Ethernet - dużo kabli, żaden gumowy, środek trójkąta wypadł akurat na środku łóżka 😉

Pomyślałem, podrapałem się w głowę, wróciłem do Szuflady. A nie jest to, Moiściewi, taka sobie zwykła szuflada, tylko dwa całkiem spore wiklinowe pudła w ikeowskim Kallaxie, w których można znaleźć fragment zwrotnika Koziorożca, przejściówkę z PS/2 na etylinę 95 tudzież fragmenty zagubionej ekipy speleologów z 1917 roku.

Drugiego switcha znalazłem prawie od razu - tym razem porządny, od TP-Linka. Znalezienie pasującego zasilacza zajęło mi nieco dłużej, ale uzbrojony w maczetę i tonę cierpliwości w końcu z triumfalnym okrzykiem wyplątałem dziada z tej dżungli.

Dalej już prosto. Dodatkowy switch trafił do pokoju Młodego pod ścianę, trójkąt Bermudzki mocno się dzięki temu sprostokącił. W dalszym ciągu nieco się to kojarzy z chaosem, ale wszystko działa, nikt nie musi spać z kablami i mamy szybką sieć na pięterku.

Kolejny etap tej rozróby to pewnie postawienie jakiegoś WiFi na górze, żeby obdzielić Łaską Sygnału wszystkich po równo, ale z tym już nie ma pośpiechu.

P.S. NBI twierdzi, że podłączą nam Prawdziwy Jęternet w okolicach listopada, co jak znam życie oznacza pewnie luty. Jakby nie było, jest nadzieja, a w międzyczasie odrobina wiszących kabelków nam nie zaszkodzi.

Arranging connections…

Dodaj komentarz

Komentarze mile widziane.

Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]

Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.