“Walking to Aldebaran”: recenzja książki

A w zasadzie recenzja kawałka książki, bo nie doczytałem do końca. Odpuściłem sobie w okolicach 28%. Wersja papierowa ma 95 stron, więc można powiedzieć, że odpadłem po lekturze pierwszych 27 stron. Zazwyczaj daję książkom szansę do 50 stron, ale tutaj nie wytrzymałem z nudów.

Początek jest bardzo, bardzo dobry. Tekst tryska humorem i to nie takim, że ktoś się walnął młotkiem w palec czy wpadł w pokrzywy (jak już dawno zauważył Robert Heinlein, obce nieszczęście to podstawa 99% humoru!), ale takim bardziej zaawansowanym. Parę razy nawet głośno parsknąłem, a to już coś.

Ale potem robi się… jednostajnie. Poznajemy “zaplecze” opowieści, a więc wyjaśnienie dlaczego główny bohater znajduje się tam, gdzie się znajduje; mamy też kompletnie przenicowane prawa fizyki (Obcy miliardy lat temu zbudowali takie cóś, że się teraz nie musimy martwić o ograniczenia prędkości i ogólnie o całą tą fizykę relatywistyczną), a tak poza tym… to właściwie nic tylko błąkanie się narratora po międzygwiezdnych tunelach. Napotyka on coraz to dziwniejsze stwory, które też nie bardzo wiedzą w którą stronę iść. Labirynt wydaje się być nieskończenie wielki, lub przynajmniej nie do ogarnięcia ludzkim umysłem – i to w zasadzie tyle. Jakieś to takie… płaskie.

Jeżeli ktoś z p.t. Czytelników ma tę książkę za sobą, chętnie usłyszę opinię. Z tego co czytałem na różnych forach książka ma więcej słabych ocen niż mocnych (choć zdarzają się też te drugie).

Nie polecam, jak dla mnie 3/10.

Zapisz się
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x