Z Belfastu do nieba. Recenzja mini-serialu.

https://xpil.eu/zrGae

Kiedy w 2006 roku po raz pierwszy postawiłem nogę na irlandzkiej ziemi, jednym z większych problemów była nauka lokalnego języka. Po angielsku mówiłem wtedy koślawo i więcej w tym było machania rękoma niż gębą, ale jakoś to ogarnąłem. Pierwsze dwa lata na wygnaniu spędziliśmy w Donegal - miasteczku w hrabstwie o tej samej nazwie.

Dygresja jest: Donegal to rzadki przypadek irlandzkiego hrabstwa, którego centrum administracyjne (Lifford) mieści się w mieście o innej nazwie niż samo hrabstwo. Swoją drogą czort wie czemu - Lifford nie jest ani największe, ani najbardziej centralnie położone - leży dosłownie na linii granicznej z UK.

Lokalny, donegalski akcent ma się do „porządnego” dublińskiego mniej więcej tak, jak dubliński do „prawdziwego” angielskiego. Nie będę teraz szczegółowo tłumaczyć różnic. Chodzi po prostu o to, że dla nieangielskojęzycznego obcokrajowca Donegal jako pierwsze miejsce zamieszkania może językowo okazać się mocno pod górkę.

Niemniej jednak po dwóch latach mieszkania na tym owianym atlantyckimi sztormami spłachetku przestałem ten akcent słyszeć. Jakoś się z nim zrosłem, oswoiłem go, zacząłem traktować jak coś zupełnie normalnego. Dlatego kiedy obejrzałem pierwsze sceny „How to Get to Heaven from Belfast”, natychmiast poczułem się jak u siebie.

Zaczyna się raczej niewinnie.

Dawno, dawno temu, jeszcze za czasów szkolnych, cztery dziewczyny - Dara, Saoirse, Robyn i Greta - były nierozłącznymi psiapsiółami. Jak to jednak w życiu często bywa, później ich drogi się rozeszły. Dara, Saoirse i Robyn pozostały ze sobą w kontakcie, natomiast Greta gdzieś po drodze zniknęła z ich życia.

I znów dygresja: "Saoirse" to jedno z tych irlandzkich imion, z którymi ludzie z zewnątrz mają na początku sporą zagwozdkę. Czyta się mniej więcej "Sirszæ". Zresztą aktorka grająca Darę też ma nietuzinkowe imię: Caoilfhionn, co na pierwszy rzut oka wygląda jak jakieś czternastosylabowe stowarzyszenie fanów Śródziemnomorza, tymczasem czyta się całkiem banalnie: "Kilyn".

Ponad dwie dekady później cała trójka dostaje wiadomość z zaproszeniem na pogrzeb Grety. Ostatnie pożegnanie ma się odbyć w niewielkiej miejscowości w hrabstwie Donegal.

Serial zaczyna się w Land Roverze Robyn, którym trzy przyjaciółki turlają się z Belfastu na zachód Irlandii. I już w tej scenie mamy towarzyszące nam przez resztę serialu połączenie prostytucji z muzyką: coś tu, kurwa, nie gra. Cztery dziewczyny łączy jakaś mroczna tajemnica. Coś wydarzyło się dawno temu. Coś zostało przemilczane. Przez kolejne odcinki widz razem z bohaterkami będzie krok po kroku, supełek po supełku, rozplątywać tę gmatwaninę.

To jest główny wątek.

Ale!

Oprócz niego mamy całe mnóstwo cudownie barwnych postaci pobocznych. Jest Liam - kędzierzawy Garda, po godzinach mechanik samochodowy. Jest Booker, mroczna morderczyni. Jest prześmieszna siostra zakonna, która powołanie straciła lata temu, ale nadal siedzi w habicie, raczej z przyzwyczajenia i braku lepszego zajęcia. Jest tajemnicza organizacja pomagająca kobietom w tarapatach. Jest milczący pracownik stacji benzynowej.

No i wreszcie - język! Tak, wiem, wspomniałem już o donegalskim akcencie. Ale akcent to jedno, a treść - drugie. Dialogi są kompletnie nieprzefiltrowane przez jakąkolwiek polityczną poprawność czy potrzebę zachowania dobrego smaku. Bohaterowie klną jak szewcy, używają określeń mogących wywołać rumieniec nawet u najstarszych marynarzy, są bezpośredni jak huragan Katrina i walą prosto z mostu, bez jakiegokolwiek owijania w bawełnę. I chociaż serial wyszedł w tym roku, jakoś prześlizgnął się przez sitko netfliksowej hiperpoprawności. Dzięki tej bezpośredniości trafia dokładnie tam, gdzie powinien.

A jednocześnie każdy z bohaterów tej opowieści pozostaje bardzo konsekwentnie sobą. Saoirse jest scenarzystką telewizyjną z tendencją do mieszania scenariuszy z rzeczywistością. Dara jest najbardziej przyziemna z całej trójki. Pierwsze wrażenie - jakaś taka... przygłupia. A potem okazuje się, że geniusz w najczystszej postaci. Robyn z kolei jest obrzydliwie bogata i traktuje wyjazd na pogrzeb trochę jak okazję do wyrwania się z rodzinnego piekiełka - od niezdarnego męża, rozwrzeszczanych dzieci i życia w stylu hamster-in-a-wheel.

Mamy więc kontrasty, tajemnicę, czarny humor, polityczną niepoprawność, świetne dialogi i łeb urywające nadatlantyckie krajobrazy. Wszystko razem składa się na historię, od której naprawdę trudno się oderwać. Obejrzałem całość z żonką w jedno popołudnie, na dwa posiedzenia z przerwą na siku. I raczej obejrzę jeszcze raz. Bo to jest jeden z tych seriali, które - całkiem jak Friends czy The Big Bang Theory - przy kolejnym oglądaniu pozwalają na rozsmakowywanie się drobiazgami, które umknęły nam wcześniej, zamiast skupiania się na samej fabule.

Zdecydowanie polecam.

Moja prywatna ocena: 10/10.

https://xpil.eu/zrGae

Dodaj komentarz

Komentarze mile widziane.

Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]

Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.