Sławomir Nieściur: Wedle zasług. Recenzja.

Recenzja książki SF z okolic Czarnobyla.

Jednym z prenumerowanych przeze mnie blogów jest zaBOOKowany, na którym nowe wpisy pojawiają się wprawdzie dość rzadko, ale za to są na ogół całkiem ciekawe.

Jeden z ich niedawnych wpisów to recenzja książki Sławomira Nieściura pod tytułem „Wedle zasług”. Ponieważ ani nazwisko autora, ani nazwa serii („Zona Fabryczna”) nic mi nie mówiły, a do tego poczytałem sobie o książce w paru innych miejscach i wyszło na to, że może być całkiem niczego sobie – zaryzykowałem.

Virtualo – jak to często bywa – okazało się najtańszym miejscem, gdzie można tę pozycję zanabyć i kilka minut później, lżejszy o kilka Jerzych, za to bogatszy w trochę kilobajtów e-booka, zabrałem się za lekturę.

Z racji rozmaitych zajęć, których ostatnio jakoś nie brakuje,  przeczytanie książki zajęło mi aż cztery dni. Niedawno skończyłem i na świeżo dorzucę do internetowego oceanu pozytywnych recenzji swoje trzy grosze.

Książkę czyta się praktycznie „na jednym wdechu”, podział na rozdziały jest w zasadzie formalnością. Akcja leci jednym ciągiem, bez większych przestojów, co Tygryski lubią. A więc nie ma nudy.

Świat powieści osadzony jest w realiach Czernobyla, pod którego betonową kopułą coś się dzieje (nie do końca wiadomo co), w związku z czym całkiem duży obszar wokół Sarkofagu przeszedł spore zmiany i jeżeli ktoś nie potrafi się do nich przystosować, prawdopodobnie zginie w ciągu kilku godzin od przekroczenia granic Zony.

Zona – tak właśnie nazywa się ów tajemniczy obszar, pełen szalonych naukowców, wojskowych (lub byłych wojskowych) oraz przede wszystkim zmutowanych stworzeń i dziwnych zjawisk meteorologiczno-fizyko-chemiczno-i-co-tam-komu-jeszcze-ślina-na-język-przyniesiowych. Żeby przetrwać w Zonie trzeba mieć furę doświadczenia, jeszcze większą furę szczęścia oraz najlepiej ze trzy albo cztery sztuki solidnej broni.

Skomplikowana elektronika w Zonie nie radzi sobie za dobrze – w krótkim czasie podlega stopniowej, ale nieubłaganej degeneracji.

Tu pojawia się natychmiastowe skojarzenie z Midgaardem, gdzie wszelakie urządzenia bardziej skomplikowane od miecza czy młotka też się psuły.

A więc najlepiej być uzbrojonym w dwururkę albo pistolety (albo jedno i drugie). Czołg, helikopter lub transporter opancerzony też są na miejscu, o ile tylko nie są wyposażone w jakąś zbyt nowoczesną aparaturę elektroniczną.

W Zonie roi się od pułapek, które potrafią człowieka spopielić na miejscu, wyrzucić w górę na ogromną wysokość lub znienacka teleportować. Nie brakuje również psionicznych pół-materialnych zjaw („płaks”), które są zasadniczo niegroźne, dopóki się im nie spróbuje zrobić krzywdy – wtedy wprawiają pobliskich ludzi w nastrój takiej żałoby, że niektórzy wymagają natychmiastowej wizyty u psychoanalityka, a inni od razu strzelają sobie w łeb.

Są mięsacze, płaksy, inteligentne wilki, bezokie psy, pseudogiganty, pajęczynki, snorki, trawy mogące pochlastać obuwie na plasterki oraz całe stado innych krwiożerczych stworów, których jedynym zadaniem jest uprzykrzyć egzystencję wszystkiemu co żyje w pobliżu.

Jest dwóch kumpli, Jusupow i Rybin, stalkerzy (czyli „zawodowcy” potrafiący przeżyć w Zonie praktycznie dowolnie długo) którzy idą wykonać z pozoru prostą misję, ale – jak to zwykle w tego typu książkach bywa – kilka wydarzeń sprawia, że misja zamienia się w śmiercionośne piekło z nieznanym rozkładem sił. Oprócz tego wątku mamy sporo wątków pobocznych, prowadzonych z punktu widzenia różnych postaci, co z jednej strony trochę komplikuje odbiór dzieła, ale z drugiej daje szerszą perspektywę na całokształt wydarzeń a także sprawia, że książka jest bardziej intrygująca.

Narracja jest prowadzona w „klasycznym” rosyjskim stylu, jest dużo mięcha i prostej, wojskowej retoryki; jest alkohol, mordobicie i przaśny humor (kiedy na przykład Waruchin dostaje odłamkiem drewna w sam środek dupy i kolega musi go zdezynfekować i opatrzyć, co jest od razu podstawą serii niewybrednych żartów). Są sceny „wzruszające”, kiedy ktoś dzielny umiera, zabiwszy przedtem całą sforę groźnych stworów. I tak dalej.

Humoru w książce jest sporo, na przykład scena, w której ekipa naukowców ostro popiła i – napruci jak szpadle – zaczęli budować wirtualne kody genetyczne różnych „potwornickich” stworzeń, po czym niechcący wysyłają te kody do „produkcji” w prawdziwym świecie, co – jak się można domyśleć – stwarza „odrobinę” problemów.

Są żółtodzioby i starzy wyjadacze. Są pechowcy i szczęściarze, jest przyjaźń i jest zdrada, śmierć i życie, wszystko wymieszane w całkiem strawnych proporcjach.

Końcówka jest nierozstrzygająca – wygląda na to, że mogą się kiedyś pojawić kolejne części, które chętnie łyknę.

Książkę polecam wszystkim sympatykom rosyjskiego (i radzieckiego) SF. Jeżeli lubisz, Czytelniku, Bułyczowa, Strugackich, Bilenkina czy Sniegowa, nie zawiedziesz się na Nieściurze.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz