Czwartkowe poranki różnią się od reszty tygodnia tym, że na ogół czwartki spędzam w biurze w Dublinie. Do stolicy dojeżdżam pociągiem. Wysiadam albo na Heuston, albo na Connolly, zależy jak się trafi. Dziś rano było Connolly.
Potem jeszcze krótki spacer do Luasa i po pół godzinie jestem na miejscu.
I właśnie podczas tego spaceru, praktycznie przy samym przystanku, zauważyłem na chodniku niewielki plastikowy prostokąt, który okazał się być biletem studenckim na komunikację publiczną. Imię, nazwisko, zdjęcie, ważny jeszcze przez jakieś 8 miesięcy.
Rozejrzałem się uważnie po okolicy, ale nie zauważyłem nikogo choćby odrobinę podobnego. Schowałem więc bilet do kieszeni - może uda się go jakoś przekazać właścicielowi później.
W tramwaju zabijałem czas guglając nazwisko z biletu. Było na tyle egzotyczne, że dostałem tylko jedno trafienie (!), gdzieś w centralnej Afryce. Zdjęcie kompletnie niepodobne do tego na bilecie. Poza tym nikogo takiego w Irlandii.
No nic - myślę - powiadomię TFI (firma obsługująca irlandzki transport publiczny), zobaczymy co dalej. Tak też zrobiłem zaraz po dotarciu do biura: wszedłem na stronę TFI i używając formularza kontaktowego wysłałem wiadomość, że kartę o numerze takim a takim, na nazwisko takie a takie, znalazłem tu i tu. Tu jest mój numer telefonu, jestem dzisiaj w Dublinie, proszę dać znać właścicielowi biletu, niech sobie odbierze.
Po około półgodzinie przyszła odpowiedź, że niestety ze względu na ochronę danych osobowych nie mogą tego zrobić, i żebym zostawił bilet na najbliższym komisariacie. Po naszemu Garda Station.
Połączenie prostytucji z muzyką zauważyłem od razu: coś tu, ku*wa, nie gra. Przecież ja im wyraźnie powiedziałem, że mogą moje dane osobowe przekazać drugiej stronie, więc jakie, do jasnej ciasnej, GDPR? Zwykłe lenistwo, obstawiam, a nie żadne GDPR. Taka wasza, dyszlem chrzczona, w tę i we wtę ganiana mać...
No dobra, myślę, powiedziałem A, trzeba powiedzieć Ą. Kobyłka u płota, czy cośtam. Wysyłam do TFI kolejną wiadomość, że w takim razie odniosę dziś zgubę na Pearse Garda Station. Około 11:00 w kołchozie zrobiło się luźniej, więc podreptałem do Pearse. Pół godziny później byłem na miejscu. Miałem jeszcze w głowie ważne spotkanie o 12:45. Musiałem wyjść najpóźniej o 12:15. 45 minut powinno wystarczyć z zapasem. Prawda?
Teoria - jak powszechnie wiadomo - zgadza się z praktyką wyłącznie w teorii, bo w praktyce to już bywa różnie.
Pearse to najbardziej zatłoczony komisariat w okolicy - i nie dziwota. Centrum stolicy, w pobliżu węzeł komunikacyjny (pociągi, autobusy, tramwaje), sklepy, uczelnie, dużo się dzieje, mnóstwo okazji dla złodziei, czyli też sporo ofiar, które trafiają właśnie tutaj. Efekt: dwanaście osób w kolejce i tylko dwóch funkcjonariuszy za opancerzonym okienkiem.
Po pół godzinie zacząłem już widzieć światełko w tunelu: trzeci w kolejce, jest szansa, że zdążę. Tym czasem do lewego okienka podchodzi gość i od razu wali prosto z mostu: no spik inglisz, ajm from Poland. Funkcjonariusz bezradnie rozkłada ręce. Podchodzę i mówię, że mogę pomóc z interpretacją - i przez następnych pięć minut tłumaczę historię kradzieży telefonu z kasą, kartami bankomatowymi i gotówką. Ofiarą jest starszy, lekko już siwiejący pan o raczej łagodnej aparycji i sposobie zachowania. Złodziei była dwójka: mężczyzna wyrwał telefon ofierze od ucha i natychmiast przekazał go kobiecie, która uciekła. To było w poniedziałek. Od tego czasu pan starszy kupił sobie drugi telefon, spędził trochę czasu w miejscu napaści i udało mu się wypatrzeć tę kobitkę, która pomogła w kradzieży. Zrobił jej nawet dość wyraźne zdjęcie, które pokazał dziś funkcjonariuszowi. Ten potwierdził, że rozpoznaje osobę na zdjęciu, i że to nie jest pierwsze zgłoszenie z jej udziałem. A w ogóle to właśnie wróciła z lunchu nasza polska koleżanka, zaraz podejdzie. Zostaję zwolniony z roli tłumacza, wracam do kolejki.
Mam jeszcze pięć minut do wyjścia. Jestem następny, a pan starszy właśnie odchodzi od okienka. Pani polskojęzyczna wraca na zaplecze, funkcjonariusz w okienku macha przyjaźnie ręką, zapraszając do okienka... parkę stojącą za mną, z jakimiś dokumentami. Okazało się, że byli tutaj wcześniej i mieli donieść jakieś dokumenty, już bez kolejki.
Wrrrr.
O godzinie 12:15 jestem w pomieszczeniu całkiem sam. Kolejka opustoszała. Wszyscy funkcjonariusze wyszli na zaplecze, zapewne na lunch. Dwóch gości z mopami polerowało pracowicie podłogę. Jeden na mnie spojrzał, usłyszałem: "teraz jest lunch break, ale może ktoś zaraz przyjdzie". Sprawdzam czas. Nie zdążę.
Wracam do biura. Okazało się, że Ważne Spotkanie zostało przesunięte na 13:00, o czym jednak wcześniej nie wiedziałem. Gdybym wiedział, mógłbym jeszcze chwilę poczekać na komisariacie i być może byłoby już po wszystkim. No ale gdybać to sobie można.
Po spotkaniu sprawdzam pocztę - przyszło podziękowanie od TFI, za odniesienie biletu na Gardę. Odpisuję im zgodnie z prawdą, że próbowałem, ale się nie udało, w związku z czym mogą przekazać właścicielowi biletu, żeby - jeżeli zechce - skontaktował się ze mną dzisiaj (zaznaczając wyraźnie, że zgadzam się na przekazanie moich danych kontaktowych). A jeżeli nie, to jutro po południu odniosę bilet na komisariat, ale już w Kildare a nie w Dublinie, bo tu nie mieszkam. I niech sobie odbiera zgubę z Kildare.
Ciąg dalszy zapewne nastąpi.
Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]
Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.