Tematy, tematy

Jeżeli, Czytelniku, zaglądasz czasem na stronę główną Ignormatyka, od dziś znajdziesz tam sekcję „Tematycznie”. Linki do głównych, najbardziej popularnych bądź też najbardziej przeze mnie lubianych zakamarków blogu.

Nota bene uważam, że taka sekcja powinna znaleźć się na każdym blogu – głównie dla tych, którzy zaglądają po raz pierwszy.

Ponadto na prośbę jednego z Czytelników dodałem niedawno przeglądarkę według lat, miesięcy oraz tygodni. Też na głównej.

Aha, wyczerniłem też czcionkę, bo na tą szarą narzekaliście. To znaczy, niektórzy z Was. Kilku. Jeden, w sumie.

Miłej lektury!

Zagadka na zegarku

Czy umiesz myśleć poza pudełkiem?

Osiem minut po ósmej wieczorem. Jedenaście minut po pierwszej w nocy. Te dwie chwile są pod pewnym względem ulokowane na przeciwległych końcach… no właśnie, czego? Jakiego kryterium należy użyć, aby dojść do wniosku, że dwudziesta zero osiem oraz pierwsza jedenaście są swoimi przeciwnościami?

Nagród nie przewiduję, ale jeżeli komuś się uda odgadnąć bez szperania w Google i pochwalić tu, w komentarzu, będzie mógł się napawać chwałą i glorią do końca swoich dni (ponieważ, jak powszechnie wiadomo, jak już coś trafi do internetów, praktycznie nie da się już tego z nich wyciągnąć).

 

Czas – start!

Anatomia przeprowadzki – rok później

Przemyślenia po zeszłorocznej przeprowadzce.

Dziś mija rok od czasu, kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu. Opuściliśmy gościnne (acz hałaśliwe) mury stolicy i wynieśliśmy się „na wieś” (cudzysłów zamierzony, Newbridge to całkiem spore miasteczko –  my jednak mieszkamy na obrzeżach, więc przy odrobinie wyobraźni można przyjąć, że to wieś jest).

Anatomia przeprowadzki

Jeżeli nie masz, Czytelniku, cierpliwości, żeby przebrnąć przez ten wpis sprzed roku (za co Cię nie winię – jest to jeden z najdłuższych wpisów na tym blogu), to przypomnę pokrótce, że po południu 8 lutego 2017 roku odebraliśmy klucze od nowego domu, w którym były ściany (pomalowane!), ledwie wyposażona kuchnia (kran, piekarnik, kuchenka… to w zasadzie tyle) oraz mnóstwo wolnego miejsca.

Na początku trzeba było zrobić podłogi. Normalni ludzie robią to zanim się wprowadzą do nowego miejsca, co znacznie usprawnia proces. No ale my do normalnych nie należymy, więc przez kilka kolejnych tygodni mijaliśmy się na schodach z różnymi ekipami remontowo – budowlanymi. Było wiele radości 😉

Nie będę teraz szczegółowo opisywał remontów ani kolejnych elementów wyposażenia domu, bo to nie poradnik budowlańca ani projektanta wnętrz. Powiem tylko, że gdyby nie artystyczne oko mojej Żonki, mieszkalibyśmy teraz w najgorzej urządzonym kawałku domu w promieniu stu kilometrów, ponieważ mój zmysł artystyczny znajduje się tam, gdzie Królewna Śnieżka, Święty Mikołaj oraz uczciwi politycy.

Po roku chata jest „zrobiona” prawie kompletnie. Do pełni szczęścia brakuje tylko głównej łazienki, która ciągle jest „w proszku”. Jakoś tak wyszło, że zrobiwszy całą resztę zabrakło nam rozpędu na zabranie się za tę nieszczęsną łazienkę. Ostatnio jednak czynimy wreszcie jakieś kroki: łazimy po sklepach, oglądamy wanny, baterie, kafelki i tak dalej. Jak dobrze pójdzie, za miesiąc lub dwa będziemy mieć to już za sobą.

Dzieciaki… Młody przeniósł się z jednego przedszkola do drugiego bez większych zgrzytów. Pierwszego dnia trochę płakał, ale drugiego już pogalopował do swojego pokoju w przedszkolu, całkiem jakby był jego stałym bywalcem od co najmniej roku 😉 Tu więc poszło bezproblemowo.

Natomiast Młoda – o, tu już było gorzej. O ile jej brat ma dopiero cztery lata i w zasadzie jest mu wsioryba, gdzie się bawi, byleby tylko były inne dzieci, klocki, autka i ktoś odpowiedzialny do pilnowania, o tyle Młoda (lat wówczas dziesięć) miała w poprzedniej szkole kilka całkiem poważnych przyjaźni, znała wszystkich nauczycieli, miejsca, historie… A tu nagle sru, nowe miejsce, dużo większa szkoła, mnóstwo nowych twarzy, zwyczajów i tak dalej. Kilka razy szło niemalże na noże; zanim sytuacja się uspokoiła, minęły co najmniej trzy miesiące.

Tak naprawdę Młodej się polepszyło w dniu, kiedy do jej klasy przyszła kolejna dziewczynka, dla której mogła być „mentorem” – wreszcie nie była „najświeższa” w klasie! Dziś ma kilka całkiem solidnych klasowych psiapsiółek, z którymi trzyma sztamę tak w szkole jak i poza nią.

Kolejny kłopot, całkiem zresztą niespodziewany, to karate. W dublińskiej szkółce Kenpo Karate Młoda dotarła już do pomarańczowego pasa i wyglądało na to, że będzie z tego coś na dłużej. Szczęśliwie się złożyło, że Newbridge ma całkiem sporą grupę Kenpo. Jak to jednak często bywa, chociaż styl niby ten sam, to jednak różne drobiazgi były trochę inne, niż w starej szkole, a że Młoda jest perfekcjonistką, więc przez pierwsze dwa miesiące wracała z treningów zła i zapłakana, bo nie potrafiła się za bardzo znaleźć. Na szczęście ekipa w Newbridge to naprawdę świetni pedagodzy, po dwóch miesiącach Młodej udało się dostać pierwsze szlify do nowego pasa, a teraz już ma fioletowy i chodzi na treningi z uśmiechem i wyraźną przyjemnością. O tym, że ma z tego frajdę, świadczy to, że w wolnych chwilach ćwiczy sobie w domu. Ma w swoim pokoju wystarczająco dużo miejsca, żeby wykonać te swoje wszystkie wygibasy.

Dochodzimy tu do kolejnego ważnego zagadnienia, czyli główny cel i sens całego tego zamieszania: miejsce.

Na starym mieszkaniu dzieciaki mieszkały razem w jednym pokoju. Działało to dość dobrze, ale do czasu. Dziewięciolatka dzieląca pokój z dwulatkiem to doskonały początek horroru 😉 o czym zapewne wiedzą wszyscy rodzice.

Tutaj dzieciaki mają osobne pokoje, co wyszło wszystkim na dobre.

Mieszkamy z babcią, która „ogarnia” kwestię zawożenia dzieci do szkoły / przedszkola co rano, a potem odbiera je po południu i zagospodarowuje im czas do naszego powrotu z hut i fabryk. Ponieważ do szkoły jest prawie dwa kilometry, a pogoda bywa różna, a także ponieważ babcia ma prawko i całkiem znośnie radzi sobie za kółkiem (chociaż jej zdaniem tu wszyscy jeżdżą pod prąd), trzeba było wyposażyć babcię w auto. Dzięki temu mamy teraz dwa auta: jedno dla babci, drugie dla nas do dojazdów do Dublina na zmywaki.

Dwa auta to niestety podwójny koszt ubezpieczenia (jak wiadomo ubezpieczenia samochodowe w EU ostatnio „trochę” podrożały) oraz parę innych opłat – ale przynajmniej kwestie transportowe mamy załatwione.

Skoro już jesteśmy przy dojazdach…

Żonka ma pracę na obrzeżach Dublina, od strony Tallaght. A więc po zewnętrznej stronie obwodnicy M50, co oznacza raczej bezproblemowy dojazd. Przy dobrych wiatrach oraz względnie niewielkim ruchu dotarcie z domu do pracy zajmuje jej jakieś 20-25 minut. Powiedzmy: pół godziny, bo niedawno zaczął się remont M7, mający potrwać coś ze dwa czy trzy lata.

Ja niestety mam pracę w centrum (D4), co przekłada się na znacznie dłuższe dojazdy. Przy dobrych wiatrach jestem w biurze w 40-45 minut, ale to się nie zdarza zbyt często. Zazwyczaj zajmuje mi godzinę albo i półtora, żeby się tam doturlać. Jest to dość frustrujące. W dodatku parking „przy ulicy” jest koszmarnie drogi (€3/h), więc wynająłem sobie sporo tańsze miejsce parkingowe jakieś 15 minut spacerkiem od biura klienta, co też nieco wydłuża czas dotarcia do pracy, ale za to gwarantuje pół godziny energicznego spaceru każdego dnia.

Na szczęście udało mi się przekonać klienta, że swoją pracę mogę wykonywać równie dobrze z domu, od jakiegoś czasu mam więc zagwarantowane w umowie dwa dni pracy zdalnej, co oznacza, że do centrum muszę jechać tylko trzy razy w tygodniu. To już jest do wytrzymania.

Kolejna sprawa: sąsiedzi.

W poprzednim mieszkaniu, które było ulokowane na drugim piętrze trzypiętrowego bloku, z sąsiadami mijaliśmy się na korytarzu lub w windzie, rzucając sobie od czasu do czasu zdawkowe „how are you?”. Kojarzyliśmy twarze, ale nic poza tym. Może z dwoma czy trzema wyjątkami, z sąsiadami praktycznie nie utrzymywaliśmy żadnych kontaktów.

Tu natomiast sprawa wygląda całkiem odmiennie. Mieszkamy w domku na zamkniętym osiedlu, dookoła kilkadziesiąt podobnych domków, wszędzie mnóstwo rodzin z dziećmi w różnym wieku, pośrodku dwa ogromne (naprawdę duże) trawniki, na których można pokopać w piłkę albo porzucać ringo. Jak tylko pogoda dopisuje, zaraz wylegają tam chmary dzieciaków. Rodzice stoją wokół w mniejszych bądź większych grupkach, gadając o wszystkim i o niczym. Często jest tak, że ktoś ogłasza, że robi herbatę i kawę dla chętnych; jak wiadomo z ciepłym kubkiem w kończynie rozmowa się zawsze lepiej klei. Jest… swojsko; w zasadzie było tak od pierwszego dnia.

Jeszcze jedna zaleta, o której nie mieliśmy pojęcia zanim się tu przeprowadziliśmy to gwiazdy. Newbridge – nie licząc centrum rzecz jasna – jest zanieczyszczone światłem tylko trochę; wieczorem wystarczy przejść dosłownie parędziesiąt kroków, żeby trafić do miejsca bez żadnych lamp. Widać wtedy pięknie…

…khem, tego…

chmury, głównie chmury. Ale jak już raz na sto lat wiatr chmury rozpędzi, wtedy można podziwiać Oriona, obydwie Niedźwiedzice, Kasjopeę i Trójkąt w całej krasie,  a jak ktoś się zna na gwiazdach, to pewnie wypatrzy dużo więcej konstelacji. Ja „z głowy” umiem tylko tych pięć. Czasem wychodzimy sobie z Żonką na taki wieczorny spacer i pokazujemy paluchami na te odległe kule ognia, i cieszymy się z tego jak małe dzieci.

Żeby nie było za różowo, nowe miejsce ma też kilka wad.

Pierwszą, największą chyba, jest całkiem spora odległość do najbliższego w miarę sensownie wyposażonego spożywczaka. Bez auta ani rusz. Z drugiej strony jak się już zrobi zakupy, można podjechać autem praktycznie pod same drzwi – w poprzednim miejscu trzeba było zanosić zakupy do windy, potem z windy… A tutaj hyc, hyc i gotowe.

Kolejna wada to – paradoksalnie – fakt, że to jest nowe budownictwo, a co za tym idzie od czasu do czasu „wyskakują” różne perełki. O niektórych już pisałem, na przykład zamienione kontrolery termostatów (parter – piętro). O niektórych może jeszcze napiszę.

Całkiem niedaleko, praktycznie za płotem ogródka, biegnie linia kolejowa Dublin <=> Cork. Co prawda pociągi mają obowiązek zwalniania do 25 MPH (łuk + wiadukt), ale i tak przez pierwsze dwa tygodnie słyszeliśmy te wagony. Na szczęście szyny są tu bezstykowe, więc nie ma charakterystycznego dla polskich kolei stukotu kół; pociągi tak naprawdę przeszkadzają wyłącznie, kiedy się siedzi przy grillu w ogródku – wtedy raz na 20-30 minut trzeba przerwać rozmowę na 4-5 sekund, aż hałas ucichnie. Nic strasznego.

Na zakończenie trochę o perspektywach. Wygląda na to, że hrabstwo Kildare, w którym obecnie mieszkamy, jest coraz chętniej „zasiedlane” przez duże firmy. Bierze się to głównie z dwóch powodów: tańsze od Dublina wynajmy przestrzeni biurowej oraz łatwiejsze dojazdy. A po zakończeniu wyżej wspomnianego remontu autostrady dojazdy jeszcze się poprawią; niewykluczone więc, że za 10 lat łatwiej będzie o pracę w branży IT w naszych okolicach, niż w stolicy.

Ale pewnie to tylko takie moje życzeniowe myślenie…

Maigret – recenzja

Atkinson gra serialowego detektywa

Rowan Atkinson, znany bardziej jako Jaś Fasola, gra od niedawna w serialu niebędącym komedią! Obejrzeliśmy sobie ostatnio z Żonką pierwszy odcinek „Maigret” – dziś króciutka recenzja.

Początek był ciężki. Nie dlatego, że film jest trochę mroczny i ponury. Nie. Ciężki, bo trudno mi było Atkinsona oddzielić od Fasoli. Musiałem sobie co pięć sekund przypominać, że to jest teraz całkiem inna postać.

Efekt minął po mniej więcej dziesięciu minutach, potem już było tylko lepiej.

Akcja serialu toczy się w Paryżu, ponieważ tam właśnie dzieje się akcja książki, na podstawie której serial został nakręcony. W tle słychać dużo francuzczyzny, na szczęście na pierwszym planie dominuje angielski.

Odcinka opowiadał nie będę, bo i po co? Powiem tylko tyle, że główna (i tytułowa) postać serialu jest zagrana solidnie – Maigret to nie heros typu „zabili go i uciekł”, tylko prawdziwy człowiek z krwi i kości. Można go zranić, można wyprowadzić w pole. Popełnia błędy oraz niezręczności, ale jest piekielnie inteligentny, co zawsze przydaje się głównemu bohaterowi. Szumowiny są bez szans 😉

Na pewno będziemy oglądać kolejne odcinki, jeżeli tylko czas pozwoli. Mam nadzieję, że będzie ich dużo! Książek w serii jest ponad 50, więc materiału jest mnóstwo. Jak na razie „wyszły” dopiero dwa sezony po dwa odcinki (krótszego sezonu chyba się nie da zrobić), ale Internet twierdzi, że kolejne się już kręcą, więc jest nadzieja.

Moja prywatna ocena: solidne 9.5/10

Głupich nie sieją, styczeń 2018

Jeszcze jeden dowód na to, że do prowadzenia blogu wystarczy mądrość na poziomie pierwotniaka.

Jak powszechnie wiadomo, każdy sądzi, że jest kumaty sporo powyżej przeciętnej. Przecież to idiotyczne! Skoro wszyscy są powyżej przeciętnej, to kto jest poniżej? Wnioskuję, że tylko niektórzy są intelektualnie ponadprzeciętni.

W tym również, oczywiście, ja.

🙂

Z tym, że to tylko w teorii. Jak bowiem za chwilę zobaczymy, w praktyce z tą moją kumatością ląduję gdzieś w okolicach między mchem pospolitym a muszką owocówką, o czym zresztą przekonałem się już nie raz, na przykład tutaj albo tutaj.

A było tak:

Od kilku lat babcia naszych dzieciaków kolekcjonowała… no, kolekcję. Płyt. DVD konkretnie, seria o starożytnych cywilizacjach. Bardzo zacna zbieranina, nie powiem, całkiem sporo interesujących materiałów edukacyjnych. Idealny obciążnik na strych.

Z tym, że myśmy się dorobili prawdziwego strychu dopiero niedawno, a te płyty mamy od ładnych paru lat. Stwierdziliśmy zatem, że zanim je wrzucimy na ww. strych, na pożarcie kurzom i chłodom, najpierw wypadałoby je zgrać na domowego NAS-a, żeby były „pod ręką”.

Do zgrywania DVD na dysk najlepiej użyć jakiegoś programu, c’nie? Wypróbowawszy kilku całkiem ładnie wyglądających (za to kompletnie niedziałających) aplikacji, wygrzebałem w końcu z jakiegoś zarośniętego pajęczynami zakątka Sieci instalkę programu DVD Decrypter. Jest to aplikacja tak stara, że potrafi prawdopodobnie odczytywać dyskietki ośmiocalowe, a jak się dobrze poustawia opcje, to i duszę z żelazka wyciśnie.

DVD Decrypter wystartował całkiem żwawo . Żadnych problemów z kompatybilnością, chociaż program nie jest już rozwijany od ponad dwunastu lat, a to jak wiadomo w świecie końputrów cała wieczność.

Ustawiłem go w tryb ISO i przykazałem zgrać pierwszą z dwudziestu sześciu płytek na dysk. Wszystko poszło wedle planu i już po kilku minutach miałem świeży, jeszcze chrupiący obraz płyty w formacie ISO. Wrzuciłem go na wszelki wypadek do najnowszej wersji VLC Media Playera, żeby sprawdzić, czy jakieś krzaki się z tego nie zrobiły. Pojawiło mi się menu płyty DVD, wybrałem wersję językową, puknąłem enter… I popłynął film.

Z tym, że bez dźwięku.

Sprawdziłem systemową kontrolkę głośności… 100%. Kontrolka głośności VLC Playera… też 100%. Przewinąłem film trochę w lewo, trochę w prawo. Spauzowałem. Uruchomiłem.

Nic.

Cisza jak makiem zasiał.

Myślę, pewnie ten DVD Decrypter jednak stary jest, może trochę nie dosłyszy już. Ściągnąłem więc jego młodszego brata, o wdzięcznej nazwie ImgBurn. Interfejs użytkownika niemalże identyczny, więc szybciutko rach ciach ciach przykazałem mu raz jeszcze ściągnąć płytę na dysk, do pliku ISO.

Ściągnął.

Otwieram to w VLC…

Cisza.

Noż m*tyla n*ga, pomyślałem sobie, co jest grane, urw*ł n*ć, taka wasza chrancowata…

I tu mię cóś tkło.

Otóż głośniki w monitorze były wyciszone na zero.

Walnąwszy się prawopłaskoręcznie w śródprzódczaszkowie, załączyłem dźwięk w monitorze.

Ha!

I tak to właśnie jest z tym moim sprytem. Z chlorellą mi gadać albo lepiej z wymienioną już wcześniej drosophila melanogaster, a nie za końputry się brać.

Epitafium dla Urszuli

Nie żyje Ursula LeGuin.

Zmarło się niedawno wybitnej pisarce SF. Ursula LeGuin dożyła osiemdziesięciu ośmiu lat. Napisała mnóstwo solidnej prozy SF – co prawda książki nie w moim typie, ale mam kilku dobrych znajomych, którzy się w niej zaczytują po uszy, więc wiem, że to jeden z Gigantów współczesnej literatury. Śmierć jest dla wszystkich taka sama, ale jednak zawsze to szkoda, gdy odchodzi któryś z Wielkich tego świata.

Pchełki SQL: rzadkie dwójki, ciąg dalszy

Ciąg dalszy rozważań o kombinacjach znaków w polskim słowniku.

Ostatnio szukaliśmy w polskim słowniku rzadkich kombinacji dwuliterowych. Zastosowana metoda była prawdopodobnie jedną z możliwie najgorszych, dlatego dziś nadgryziemy zagadnienie z nieco innej strony, przy okazji odświeżając sobie składnię polecenia CROSS APPLY.

Długa droga do pchełki, czyli rzadkie dwójki

Szukamy rzadkich kombinacji dwuliterowych w polskim słowniku.

Ponieważ w departamencie Pchełek SQL panuje ostatnio złowroga cisza, postanowiłem spróbować odświeżyć tę sekcję. Tym razem padło na kombinacje dwuliterowe: czy istnieje taka kombinacja dwóch liter, która w całym słowniku języka polskiego pojawia się dokładnie raz?

Wszystkich możliwych kombinacji dwuliterowych, począwszy od „aa” a skończywszy na „żż”, jest 1024 (ładna, okrągła liczba!), ponieważ polski alfabet ma 32 litery, a 32*32=1024.

Ciekawe, ile z nich można znaleźć wśród polskich słówek.

Żeby kózka nie skakała

O tym, jak poprawnie przetestować obecność mebli w salonie.

Całkiem niedawno, w niedzielę rano, zachciało mi się po raz kolejny sprawdzić, czy kanapa stoi na swoim miejscu. Zazwyczaj używam do tego celu małego palca u losowo wybranej stopy. Metoda działa bez pudła: palec,  w połączeniu z gromką wiązką niewybrednych wyrażeń, przy których Trzynasta Księga Pana Tadeusza wydaje się wigilijną opowieścią dla maluszków, wykrywa meble z dokładnością niemalże do stałej Plancka.

Ostatnio jednak zachciało mi się eksperymentowania. Zamiast palca małego postanowiłem użyć – serdecznego. O ile rzecz jasna nazewnictwo palców u stóp odpowiada temu u dłoni. Bo jeżeli nie odpowiada, to wyjaśniam, że chodzi o palec czwarty od prawej. To znaczy od prawej strony, a lewej stopy. Albo drugi od lewej, zależy jak ustawić kamerę.

Ponieważ palec ów jest nieco dłuższy od swojego skrajnego sąsiada, założyłem (błędnie, jak się okazało), że do poprawnego działania wymaga on użycia dłuższego wektora oddziaływania kinetycznego. Przyłożyłem więc dłuższy wektor, czyli po naszemu przygrzmociłem tym palcem w nogę od kanapy tak, że ujrzałem wszystkie gwiazdy w promieniu siedemnastu parseków, wraz z przyległymi planetami, składem chemicznym atmosfery oraz analizą widmową uwzględniającą dopplerowskie przesunięcie ku czerwieni.

Standardowo drugim krokiem testu jest wspomniana wyżej wiązanka, jednak ponieważ miałem w akustycznym zasięgu swoje jedenastoletnie dziecię, które jest nadal święcie przekonane, że jej tatuś jest stworzeniem o kulturze dodatniej, zdążyłem się w porę zreflektować i zadowoliłem się głośnym syknięciem oraz niemniej głośnym stęknięciem, które pozwoliły mi przetrwać pierwszych parę sekund po teście.

Efekt?

Palec napieprzający tak, że miałem szczerą ochotę odchlastać go sobie kombinerkami. Na szczęście akurat nie miałem takowych pod ręką.

Ponieważ nie była to moja pierwsza przygoda z wykrywaniem mebli (zainteresowanych zapraszam do lektury na przykład tego wpisu), ani nawet nie druga, wiedziałem już, że do lokalnego lekarza nie ma sensu iść. Albo mi każe jeść paracetamol wiadrami, albo przywiąże palec taśmą izolacyjną do zdrowszego sąsiada, albo jedno i drugie – i tyle będzie z leczenia.

Jakoś przekuśtykałem do wieczora. Obolały, ale optymistycznie nastawiony do poniedziałkowego poranka.

Tymczasem w poniedziałek rano palec zrobił się sporo większy, zsiniał w dwóch miejscach oraz zaczął naparzać tak, że z bólu zapomniałem nie tylko o śniadaniu i porannej kawce, ale nawet o wizycie w Komnacie Zadumy.

Na szczęście auto mam z automatyczną skrzynią biegów, lewa noga i tak nie ma tam nic do roboty, więc do pracy dotarłem bez większych problemów.

To znaczy… na parking pod pracą. Spacerek z parkingu do biura, który nie powinien zająć mi więcej, niż 5 minut, zajął mi ich prawie 20. Zająłby pewnie i dłużej, gdyby nie jednostajnie nasilający się zew Ucha Modlitewnego (jeżeli nie wiesz, czym jest Ucho Modlitewne, zapraszam do opowieści o Ralfie)

W biurze wytrzymałem dwie godziny, po czym stwierdziłem, że p*lę to wszystko, jadę do wracza-kościologa.

Wracz-kościolog wykonał oględziny, porównał obecny wygląd palca ze zdjęciem, które przezornie pstryknąłem poprzedniego dnia wieczorem i uznał, że bez fotki rentgenowskiej się nie obejdzie.

Na fotce niczego nie zauważyłem, ale pan dochtór już owszem. Wskazał mi punkt na kości, który wyglądał identycznie jak wszystkie inne punkty i powiedział:

– Widzi pan? Tu jest pęknięte.

– Widzę – skłamałem natychmiast z mądrą miną, żeby nie wyjść na idiotę (jakby kopanie w sofy już nie było wystarczającą poszlaką) – Faktycznie, pęknięte jest.

Dostałem kule (mało okrągłe) oraz błogosławieństwo na zwiększoną dawkę paracetamolu po czym kazano mi odmaszerować w siną dal, po uprzednim rzecz jasna uiszczeniu odpowiednich danin w okienku kasowym, a także ustaleniu daty wizyty kontrolnej.

Za trzy tygodnie.

Ech, życie.

i10 znów nadaje!

Czołowy polski Blogumił powraca z przytupem!

Po dwóch latach Chaosu i Ciemności nadejszła wreszcie Światłość i Ład, a także jakieś tam znamiona Porządku w blogosferze. Krótko mówiąc, jeden z moich ulubionych blogopisaczy wrócił do blogopisania, wbrew ponurym statystykom, które mówią, że jeżeli ktoś od ponad dwóch lat niczego na blogu nie napisał, to już raczej nie napisze.

Nota bene kiedyś już o nim pisałem, o tutaj:

Historia pewnego plagiatu

Życzę więc iDziesięciowi z tego tu oto miejsca takich życiowych perypetii, które nie oderwą go od blogowego pługa na dłużej niż kilka dni.

A także, aby wyłupione w zeszły piątek oko szybko odrosło 😉